Aleteia

Rodzice Marysi: Adopcja to nie „osiągnięcie”. To miłość [reportaż]

Udostępnij
Komentuj

Podczas osobistej rozmowy pani z ośrodka adopcyjnego opowiedziała im wszystko, co wiedziała o dziecku: ma już osiem ząbków i waży około 8 kilogramów, trochę wolniej się rozwija.

Urodziła. Kiedy Monika i Artur odwiedzili ją w szpitalu, Marzena siedziała z zapłakanymi oczami. Nie była w stanie nic mówić. Tylko ślepo patrzyła na ekran telefonu. Może miała tam zdjęcie swojej dziewczynki, którą właśnie oddała do adopcji. Oddała, bo kochała. Musiała tak postąpić. Ma już czwórkę dzieci, wszystkie w domu dziecka. A ona ciągle walczy o prawo do opieki nad nimi. A jest przecież sama. Bez pracy. Na odwyku.

Takie marzenie

Czy mama Marysi też tak wyglądała? Właśnie tak przeżywała rozstanie z nią? Marysia to adoptowana córka Moniki i Artura. Adoptowali nie dlatego, że nie mogli mieć dzieci. Adoptowali, bo zawsze mieli takie marzenie. Kiedy na świecie był już Maciek i Ania, ich biologiczne dzieci, pragnienie przyjęcia do swojej rodziny malucha z domu dziecka było tak silne, że poszli za głosem serca i rozpoczęli formalności. Całego świata nie zbawią, ale może komuś będą w stanie pomóc.

Każde z nich miało w swojej rodzinie kogoś adoptowanego, dlatego ten temat zawsze był im bliski. Ostatnio nawet zostali rodzicami chrzestnymi Kubusia, też z domu dziecka. Kubuś spadł im z nieba.

Pewnego dnia w wakacje zadzwoniła do nich koleżanka, i powiedziała, że potrzeba na 3 tygodnie opieki nad rocznym chłopcem. Nie mogli przecież odmówić. Tak właśnie poznali Marzenę i jej dzieciaki. Zaprzyjaźnili się z nimi. Raz na jakiś czas brali je w weekendy do siebie. Jeździli na mecze, chodzili na spacery. Pokazywali jak wygląda prawdziwa rodzina. Że to takie miejsce, gdzie każdy ma obowiązki, że mama z tatą dają sobie buziaki i że trzeba pracować, żeby mieć pieniądze. A teraz byli przy Marzenie, gdy ta oddawała swoje nowonarodzone dziecko do adopcji. Byli – tylko tyle i aż tyle.

Ciążą, która kończy się kwalfikacją

W Polsce to dość rzadka sytuacja, że rodzina, która ma swoje biologiczne dzieci, zgłasza się po kolejne do ośrodka adopcyjnego. Jak każdy w takiej sytuacji Monika z Arturem musieli przejść specjalny kurs, który trwał 9 miesięcy. Tyle co ciąża. Okazuje się, że nie wszyscy na koniec kursu otrzymują kwalifikację.

Czasem, kiedy wydaje się, że między małżonkami coś nie gra, wysyła się ich na warsztaty czy terapię. Zdarzają się też takie pary, które mają bardzo wąskie oczekiwania co do dziecka: że ma być to blondynka o niebieskich oczach z dobrego domu. Komuś do swojego idealnego świata brakuje jeszcze idealnego dziecka. Niestety nie o to chodzi. Zresztą, dzieci z rodzin bez problemów nie trafiają do domów dziecka.

Po zakończonym kursie zbiera się specjalna komisja i stara się przypasować dzieci do ich nowych rodzin. Później trzeba czekać. Ten czas Monika nazywa syndromem „pustej szuflady”. Bo kiedy rodzice oczekują na swoje potomstwo krok po kroku kupują dla niego wyprawkę. Oni mieli pustą półkę, gotową by zapełnić ją po poznaniu dziecka, bo nawet nie wiedzieli w jakim wieku może być maluch.

Chore dziecko?

Do Moniki dzwonią w piątek, że dziecko się znalazło i więcej informacji dostaną po weekendzie. Czas do poniedziałku dłuży się okrutnie. To najtrudniejsze dni w jej życiu. Niepokoi się, że usłyszy coś, co ją wystraszy i że w swym lęku będzie musiała odmówić przyjęcia dziecka i że sobie nigdy tego nie daruje.

Najbardziej przeraża ją głębokie porażenie mózgowe. O swoich lękach opowiadała na kursie i tłumaczono jej, że dzieci niepełnosprawnych nie proponuje się od tak zwykłym rodzinom. Mimo wszystko ten irracjonalny lęk ciągle w niej jest. Zachowuje się trochę jak klasyczna kobieta w ciąży, która wie, że niedługo urodzi i martwi się, jak to wszystko teraz się potoczy.

Poród z serca

Zadzwonili w poniedziałek o 15.00. I dziś, kiedy Marysia czasem martwi się, że mama jej nie urodziła, Monika odpowiada, że jej poród nie był z brzuszka, ale z serca. I miał miejsce w tamten poniedziałek o godzinie 15.00, kiedy to przez telefon dowiedzieli się, że w okolicach Wrocławia czeka na nich dziewczynka, rok i trzy miesiące.

Następnego dnia podczas rozmowy pani z ośrodka opowiada im wszystko, co wie o dziecku: ma już osiem ząbków i waży około 8 kilogramów. Trochę wolniej się rozwija, ale nie wiadomo, czy to nie jest spowodowane brakiem domu. No i że miała siostrę bliźniaczkę, która niedawno zmarła. Monika wspomina, że słuchając tych rzeczy czuła się, jakby nagle obudziła się ze śpiączki. Że urodziła córeczkę, potem zasnęła na rok, a teraz ktoś jej relacjonuje co w tym czasie działo się z jej dzieckiem.

Zanim Marysia trafiła do swojej nowej rodziny Artur i Monika widzieli się z nią dwukrotnie. Za pierwszym razem potrzebowała raptem 10 minut, żeby się z nimi oswoić. Od razu wtuliła się w ramiona Artura i nie chciała już go puścić. Panie z ośrodka opiekuńczego nawet trochę żartowały, że są zazdrosne, bo one tyle czasu się z nią znają i opiekują, a tu przyjeżdżają obcy ludzie i od razu tak zdobywają sobie serce Marysi.

Następnym razem pojechali już z Anią i Maćkiem. Mieli wtedy 6 i 4 lata. Przed podróżą rodzice powiedzieli, że wreszcie znalazło się długo wyczekiwane przez nich dziecko. Dzieciaki bardzo entuzjastycznie zareagowały na Marysię. I od razu przygarnęły ją jak siostrę. Skoro wszystko szło tak dobrze, i ruszyło postępowanie sądowe zapadła decyzja, że Monika z Arturem mogą już zabrać Marysię do domu.

Inna miłość

Dziecko adopcyjne kocha się inaczej. Nie mniej, ale inaczej. Nawet pierwsze słowa „mama” odbiera się w inny sposób. Tak, jakby wypowiedziane po raz pierwszy potwierdzały zaistniały już stan rzeczy. Przez pierwsze wspólne lata Artur i Monika czują, że przy Marysi dużo bardziej się kontrolują. Czy tak samo postąpiliby z ich biologicznymi dziećmi? Tak samo by ukarali? Na szczęście z czasem ta różnica się zaciera i wszystko staje się bardziej naturalne.

W trzecim roku życia u Marysi stwierdzono lekkie mózgowe porażenie dziecięce. Czyli coś, czego Monika bała się najbardziej. Dzięki intensywnej rehabilitacji dziś prawie nie widać skutków choroby.

Marysia od początku jest świadoma swojej historii. Wie, że jej biologiczna mama z jakiś względów nie mogła się nią zająć. Ale ponieważ chciała dla niej jak najlepiej przekazała ją do domu dziecka. 4 lata temu na świecie pojawił się jeszcze Dominik. Marysia powiedziała wtedy: szkoda, że on nie jest adoptowany, miałabym raźniej.

Na pytanie co do ich rodziny wniosła Marysia, Artur odpowiada że dzięki niej nauczyli się otwartości na problemy innych. Że nie boją się wchodzić w czyjeś nieszczęścia, reagować i pomagać. Monika mówi, że irytuje się nawet, kiedy ktoś jej gratuluje lub podziwia. Bo dla niej ta cała sytuacja jest bardzo naturalna. Zawsze miała takie pragnienie i po prostu poszła za głosem serca.

„Zapasowa” rodzina

Kilka dni temu Monika przebiegła swój pierwszy maraton –  42 kilometry na 42 urodziny. Za każdym kolejnym kilometrem dziękowała za ludzi, którzy w danym roku pojawiali się w jej życiu. Za tych, którym ona mogła pomóc i tym, którzy jej pomagali.

Przy 31 kilometrze dziękowała za Marysię. Przy 42 kilometrze za Marzenę, jej dzieciaki i nowo narodzoną córeczkę. Monika głęboko wierzy, że również ta dziewczynka odnajdzie swoich nowych rodziców. Bo podobno jest tak, że na świecie ma się dwie rodziny: kiedy biologiczna nie daje rady, odnajduje się ta druga „zapasowa”. Na pewno tak będzie.

Tags:
adopcja
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail