Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Dlaczego nie warto doradzać pracoholikowi, jak ma spędzić urlop?

Dziewczyna z laptopem przy pracy w oknie
Udostępnij

Kłopot z pracoholizmem polega na tym, że niby nazywa jakiś duży problem dla poszczególnych ludzi, ale jednocześnie spotyka się z ogromnym społecznym uznaniem.

Sezon na truskawki kończy się jak co roku wysypem tekstów, które mają pomóc pracoholikowi w spędzeniu urlopu. Autorzy podpowiadają, czy lepiej być online (i jedną nogą w pracy) czy offline (wtedy stres związany z odcięciem od spraw zawodowych może być nie do wytrzymania). Radzą, czy właściwszym pomysłem jest branie jednego długiego urlopu, czy kilku krótszych; wakacje aktywne, czy wręcz przeciwnie – pozbawione wysiłku.

Temat interesuje mnie żywo. Gdy pisałam książkę o work-life balance, pracoholizm zajął mi najwięcej czasu. Początkowo docierałam do literatury, według której przyczyny pracoholizmu są złożone i trudno je określić. Uznając takie wytłumaczenie za niewystarczające, szukałam dalej. Może dlatego, że sama w jakimś stopniu zaliczam się do tej grupy – choć mam nadzieję, że od czasu „zdiagnozowania” jestem już tylko zdrowiejącym pracoholikiem.

Kłopot z pracoholizmem polega na tym, że niby nazywa jakiś  duży problem konkretnego człowieka (i często jeszcze większy dla jego bliskich), ale zarazem spotyka się ze społecznym uznaniem. Wspieramy i oklaskujemy pracoholików. W potocznym wyobrażeniu, pracoholik to ten, co wyprzedza nas z piskiem opon swoim SUV-em, ma jasno sprecyzowane cele zawodowe i jest po prostu człowiekiem sukcesu. Dlatego pracoholizm jest noszony jak order na piersi.

Czytaj także: Urlop z książką. Sześć idealnych lektur na wakacje

 

Czasami mieszają się pojęcia: pracoholikiem nie jest ktoś, kto lubi swoją pracę i nią się pasjonuje. Nie należy pracoholizmu także mylić z pracowitością. Pracoholik realizuje się tylko i wyłącznie w pracy. Z niej czerpie całą swoją tożsamość. Nie ma innych zainteresowań, eksploatuje siebie bez ograniczeń, a jego czy jej relacje prywatne obumierają; staje się w życiu innych osób wielkim nieobecnym.

Z tego powodu doradzanie pracoholikowi, jakich strategii użyć, by w ogóle przetrwał konieczność wyjazdu na wakacje – nie ma sensu. Tak jak nie ma sensu zajmowanie się dietą przy kompulsywnym objadaniu się. Pracoholizm, jak inne uzależnienia, jest chorobą emocji i to nimi trzeba się zająć.

Ponieważ praca daje poczucie kontroli nad rzeczywistością i informuje nas, że coś potrafimy, świetnie nadaje się do uśmierzania emocjonalnego bólu. Ten ból może także objawiać się w nas jako pustka czy niepokój. Przychodzi, gdy jesteśmy sami ze sobą, niezaangażowani w żadne działanie. Albo kiedy wchodzimy w świat relacji z bliskimi osobami w gronie rodziny czy znajomych. Wtedy zaczyna dawać o sobie znać. Do jego przyczyn często trzeba się długo dokopywać. Ten dyskomfort informuje mnie o mojej wewnętrznej ranie – o jakimś deficycie, niezaspokojonej emocjonalnej potrzebie, na skutek której dzisiaj nie umiem radzić sobie z własnymi uczuciami.

Czytaj także: Zamiast na urlop pojechała służyć. Rozmowa z wolontariuszką, która pracowała w obozie dla uchodźców we Francji

 

Mogę być kimś zamkniętym na relacje z innymi – bo w tych relacjach było kiedyś tyle cierpienia, że nauczyłem się żyć w skorupie i nikogo nie wpuszczać dalej niż do sieni. Mogę być tak poraniony przez relacje z domu, w którym wzrastałem, że straszna jest dla mnie myśl, kim byłbym bez mojej listy zawodowych sukcesów. Mogłoby się okazać, że małym, zawstydzanym czy traktowanym bardzo źle chłopcem czy dziewczynką, z czasów, gdy zabrakło miłości. To ona wyposaża nas na całe życie w przekonanie, że jesteśmy wartościowymi ludźmi, z definicji zasługującymi na szacunek. I na ten szacunek nie trzeba zarobić stosem przewalonych zleceń i wyrywaniem się do podejmowania jeszcze zadań innych osób, często udowadniając, że „nikt tego nie zrobi lepiej niż ja”.

Dopiero rozpoznanie swojego bólu i powrót do wydarzeń, które go spowodowały, może coś wnieść. Proces ten pomaga zobaczyć, dlaczego praca stała się protezą, zaspokajającą najgłębsze potrzeby, a także rozpoznać, jakie to są potrzeby. Potrzeba sensu życia? Potrzeba uznania, którego kiedyś zabrakło? Usłyszenia owego „jestem z ciebie dumny”, które nigdy nie padło z ust taty? Potrzeba więzi i intymności, którą trzeba było przysypać zadaniami? Potrzeba kontroli i bezpieczeństwa, którego nie dał pełen przemocy dom?

Taka wyprawa w głąb siebie otwiera drogę do urlopu pracoholika. Zmiana nie zachodzi z dnia na dzień; kompetencje potrzebne do szczęśliwego życia w relacji do siebie samego i innych wymagają praktyki. Bez tego – rady są tak samo chybione, jak zestaw podpowiedzi dla osoby uzależnionej od alkoholu, jak nie pić przez dwa tygodnie. A przecież chodzi o co innego. Pracoholik uczy się na nowo radości życia – i to właśnie całe życie ma do wygrania.

Czytaj także: W wakacje zadbaj o siebie!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail