Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak różnić się fantastycznie?

Udostępnij

Wymarzony czas rodzinnego urlopu staje się sprawdzianem dla sposobu odnoszenia się do siebie małżonków i myślenia o sobie nawzajem.

Rodzinne wakacje, wyczekiwane przez cały rok, tak naprawdę niosą również wyzwania. Oto ludzie, spędzający zwykłe dni w pewnej odległości od siebie, wpadają nagle w całodobowe „razem”. Trzeba zmieścić rozmaite potrzeby i temperamenty w przestrzeni samochodu osobowego, hotelowego pokoju czy działki wyznaczonej przez granicę plażowego parawanu.

Myślę o tym na nadbałtyckiej plaży. W rodzimych okolicznościach przyrody, gdzie pogoda jest kwestią umowy społecznej (o ile nie ma sztormu i deszczu, udajemy, że jest ciepło), stworzenie warunków do plażowania wymaga wiele zachodu. Ludzie zmierzają w stronę morza objuczeni parawanami, namiotami i krzesełkami turystycznymi (by uchronić się od zimnego wiatru i mokrego piasku), dodawszy do tego dmuchane akcesoria do pływania (na wypadek, gdyby dało się jednak zanurzyć w wodzie) i torby z ciepłą odzieżą. To ma swoją wersję upalną w postaci większej ilości olejków do opalania i zimnych napojów, kosztem ubytku gabarytów po stronie termosów i polarów.

Zniesienie na plażę całego tego majdanu, jak również późniejsze jego zagospodarowanie, wymaga wielkich umiejętności współpracy. Podobnie jak wiele innych sytuacji wakacyjnych. W naszej rodzinie mamy do pogodzenia nie tylko nasze z mężem różnice, ale i wyzwania wieku nastoletniego (14-letnia córka), przed-nastoletniego (11-letni syn) i buntu dwulatka, zaczynającego się codziennie słowem „nie” od razu po obudzeniu się (najmłodszy). I mimo że wiele małżeństw, jak nasze, potrzebuje umiejętności rodzicielskich level hard, to jestem przekonana, że i tak fundamentalny dla całej rodziny pozostaje sposób odnoszenia się do siebie męża i żony.

Z plażowych obserwacji można odnieść czasem wrażenie, że mąż służy do wbijania parawanu, który i tak zawsze jest krzywo i nie w tą stronę. Nieraz zdań na temat tego, gdzie, pod jakim kątem i jak powinien stać, jest tyle, ile członków rodziny. I nie ma nic złego w negocjacjach, dopóki moja racja nie zamienia się w „świętą prawdę”.

Służą temu wszelkiego rodzaju uogólnienia: „to się robi w ten sposób” (zamiast: „ja lubię to robić tak”), „bez sensu to postawiłeś” (zamiast: „w moim odczuciu lepiej byłoby tak i tak”) i w końcu koronny argument: „wszyscy normalni ludzie wbijają młotkiem, a nie klapkiem” – nie da się bowiem już dobitniej powiedzieć komuś, że coś jest z nim nie tak, bo działa inaczej niż my.

To niby nic takiego, ale te przykłady antydialogów nad parawanem dają wiele do myślenia. Po pierwsze, dlaczego drugi człowiek w małżeństwie powszednieje tak bardzo, że można stracić z pola widzenia, że ma prawo być inny? Po drugie, czy naprawdę to, jak stoi parawan, jest ważniejsze od tego, jak się czuje druga osoba, z którą razem spędzam czas? Czy ktoś, kto słyszy ciągle, że coś robi bez sensu, jest w stanie się zrelaksować i dobrze poczuć w swojej skórze i w swoim małżeństwie i rodzinie – nie tylko na czas urlopu, ale na co dzień?

Spór o parawan można zastąpić sporem o to, gdzie zjemy dzisiaj obiad, ile czasu spędzimy na plaży, dokąd dojedziemy autem, a gdzie lepiej będzie pójść na nogach. We wszystkich tych sprawach moja święta racja może rozpychać się łokciami i ustawiać cały świat – tylko po co?

Kilka lat temu, również na plaży mój brat opowiedział mi dowcip:

Mąż mówi do żony: „Od dwudziestu trzech lat poprawiasz każde moje zdanie”. Żona na to: „Od dwudziestu czterech”.

Małżeństwa często rozbijają się nie o wielkie kryzysy, ale o rafy bardzo kiepskiego sposobu odnoszenia się do siebie nawzajem w prostych życiowych sytuacjach, gdy z jakichś powodów tracimy z pola widzenia, że mąż albo żona to oddzielny ode mnie człowiek, nad którym nie mam żadnej władzy i który nie jest dany mi w małżeństwie po to, by go naprawiać lub poprawiać czy też kontrolować.

Zamiast przekonania, że normalni ludzie robią wszystko tak, jak ja uważam za słuszne, warto włączyć w sobie wakacyjną ciekawość odkrywania, kim jest mój mąż/moja żona? Co robi inaczej niż ja? Jak mogę pokazać jemu/jej szacunek dla różnic? Jakimi słowami to wyrażę, by nasze dzieci słyszały – i zapamiętały, że wspólny urlop to nie wojna o „moje” i „twoje”, począwszy od drobiazgów, a na ważnych rzeczach skończywszy?

Może do dialogu toczącego się w naszych głowach warto zaprosić zdanie: „To fantastycznie, że robisz tyle rzeczy inaczej niż ja!” To nasz kapitał i szansa na szerokie horyzonty, sięgające poza współrzędne geograficzne plażowego parawanu.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail