Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Magda Frączek: 3 lekcje o tym, czego uczy mnie dziecko

Udostępnij

Twierdzimy, że to my jesteśmy ich wychowawcami. Mamy duże nogi, duże ręce i duże głowy. Jeździmy samochodami, zarabiamy pieniądze, zdobywamy kolejne szczyty dnia codziennego. Tymczasem, to właśnie one, nieporadne, nieskoordynowane i totalnie zależne, rozkładają nas na łopatki.

Dzieci są nam dane po to, aby porozbrajać nas na czynniki pierwsze. Aby przypomnieć nam, że strachu i samotności nie należy się wstydzić ani ukrywać. Podczas, gdy my zamartwiamy się o niepewne jutro, dzieci uczą nas odkrywać wielkość tego, co „tu i teraz”. Czy jesteśmy tego świadomi czy nie, dopóki nie staniemy się do nich podobni, nie poznamy, jak smakuje życie.

 

Pierwsza lekcja: Szacunek wobec obecności

Czy leży na tapczanie czy w moich ramionach, daje mi odczuć, że doskonale wie, w jakich szerokościach geograficznych przebywam. Mogłabym obsypać go naręczem najdroższych zabawek lub odwrócić uwagę jakąś wystrzałową książeczką sensoryczną, ale on i tak w ostateczności wybierze figle-migle z moją dłonią w roli głównej lub pokaz najgłupszych min świata. Lubi, gdy obejmuję go wzrokiem, a gdy odchodzę wyrzucić do kosza brudne chusteczki, odprowadza mnie długim spojrzeniem. Odczuwa mój brak, czasem woła mnie tylko po to, aby upewnić się, że nie odeszłam zbyt daleko.

Dziecko uczy mnie tego, czym jest pragnienie obecności. Nie jest mu wszystko jedno. Nie twierdzi, że da sobie radę, gdy bliskości zabraknie. W szczerości swych małych potrzeb, z niewyobrażalną odwagą, odsłania wszystkie swoje słabości. Głód, strach, nagość, samotność, ból, ale także radość, poczucie bezpieczeństwa, oddanie – wszystkie te rzeczy wydarzają się dla niego w jednym jedynym wymiarze czasowym.

Dziecko nie biegnie myślami wprzód, nie wspomina przeszłości. Nieprzerwanie uzmysławia mi, że aby stać się samodzielnym, najpierw potrzebuję doświadczyć przemożnego bycia z kimś. Uczy mnie, że nie należy się tego wstydzić. Że potrzeba drugiego człowieka nie świadczy o tym, że znowu czegoś nie potrafię, ale że mam kogoś obok, kto może i chce mi pomóc. Że to wielka sprawa.

 

Druga lekcja: Miłość lubi nieprzetarte drogi

Zdziwicie się może, ale mojemu synowi zupełnie nie przeszkadza to, że wszystko testujemy na nim, jako tym pierwszym. Nie mamy bladego pojęcia o tym, jak rodzicem być, i wydawać by się mogło, że tylko on ze wszystkich ludzi naokoło, przyjmuje to z pełnym spokojem i akceptacją. Przyjmuje – to bardzo ważne słowo. Nie ocenia. Nie krytykuje. Nie wsadza w ramy i szablony. Nasz syn bardziej niż my rozumie, że miłość lubi nieprzetarte drogi. Że ciągnie ją do tego, w czym wcale nie jest najlepsza. Że nie o wyniki tu chodzi.

Mój mały syn nigdy nie powiedział mi, że robię coś źle. Nie przedstawił mi szerokiej listy oczekiwań na temat tego, jak powinnam się nim zajmować. Jeżeli już, to raczej ja tworzę na swój temat pełne oceny peany.

Dziecko uczy mnie więc tego, jak rozpoznawać miłość. Nie porównuje z sobą żadnych naszych wspólnych dni. Z otwartością przyjmuje wszystko, co przynosi kolejny miesiąc, tydzień. Nigdy nie stwierdziło, że jakaś zabawa czy przytulenie były gorsze, jedna od drugiej. Że mogłabym się bardziej postarać. Moje dziecko nie chce mnie zmieniać. I może właśnie dlatego zmieniam się tak szybko.

 

Trzecia lekcja: Potrzebuję mieć choć jedną osobę, przy której mogę być sobą

Jeszcze do niedawna, gdzieś w głębi serca niepokoiło mnie to, gdy syn uzewnętrzniał większą radość przy kimś z zewnątrz niż przy mnie. Zastanawiałam się, czy naprawdę jestem aż taką nudziarą? Czułam się, jak osoba, która wie, że potrafi opowiadać świetne dowcipy, ale jest to tylko jej osobiste mniemanie.

Odpowiedź przyszła w momencie, gdy mój syn zaczął ząbkować (to już potwierdzona teza: Bóg chciał oszczędzić nam świadomego bólu, dlatego zarówno poród, jak i wyżynanie zębów przewidział na najwcześniejszy etap naszego życia). Od dwóch tygodni mój syn cierpi. Stał się bardziej wrażliwy, odczuwa więcej nieprzyjemnych bodźców, a czasami zwyczajnie męczy go życie. Przestał być wiecznie zadowolonym dzieckiem. Zamiast tego, bywają dni, gdy w ciągu godziny potrafi zmienić swój nastrój kilka razy. Nie wszystkim to odpowiada. Niektórzy ludzie – tak to rozpracowałam – boją się płaczących dzieci. Są głośne, ekspresywne i tak jak nikt inny potrafią pokazać, że te czy inne próby rozchmurzenia ich są najzwyczajniej w świecie żałosne. Większość dorosłych w tym momencie odpada. Zaczyna się ocenianie dziecka, z sztandarowym hasłem na czele: „Ale cwaniak” (bo chce, by go nosić na rękach, gdy źle się czuje) lub „On nie chce zasnąć!” wypowiedziane tonem, jakby co najmniej podpisał kontrakt na dwie długie drzemki dziennie i nie potrafił się wywiązać z obietnic.

Teraz, zamiast być pierwszą dowcipną matką Rzeczpospolitej, stałam się pełnoetatowym kimś, kto przyjmie swoje dziecko w każdej jego kondycji. Zrozumiałam, że tego właśnie potrzebujemy – zakotwiczenia w miłości, która nie będzie oceniała naszych reakcji. Która pozwoli nam być sobą nawet wtedy, gdy nie mamy ani trochę ochoty na to, aby się uśmiechnąć. Zrozumiałam, że to największy dar na świecie – być dla kogoś kimś, przy kim można poczuć się na tyle swobodnie, by nie bać się zapłakać czy zezłościć, pokazać swoje słabości, przetrzymać najgorszą noc.

 

Rodzic jest jak drzewo

Smuci mnie trochę, że żyjemy w świecie, w którym dziecko nadal postrzegane jest, jako ktoś, komu trzeba wyznaczyć kierunek myślenia, przeżywania, drogi. Upodabniamy się do konkwistadorów, ludzi z programem na innych ludzi. Często, z powodu własnej pychy lub zabiegania, nie zadajemy sobie podstawowego trudu, aby wsłuchać się w to, co mały człowiek może nam pokazać, w czym wyprostować, co ubogacić.

Zapominamy, że właśnie takiego kogoś Bóg chciał na tym świecie. Że ten mały gość leżący w łóżeczku i bawiący się swoimi paluszkami, ma w sobie cały potencjał potrzebny mu do przeżycia własnego życia. Otulić, zadbać aby tego nie zepsuć, być wsparciem – to chyba najlepsze, co możemy mu dać.

Patrząc na moje dziecko rozumiem, że bycie rodzicem to nie misja, która kończy się uratowaniem świata przed inwzają obcych. Rodzic to raczej ktoś podobny do drzewa, które daje solidne schronienie rozsiadującym się na jego gałęziach ptakom. Nie musi mówić: „Jestem wielkim i potężnym drzewem, możesz odpocząć w moich gałęziach”. Wystarczy, że jest, że owocuje, że wie, do czego się nadaje. Wystarczy, że jest wystarczający.

Wspaniale jest wiedzieć i nie bać się tego, o czym pisze w swoim poemacie pt. „Prorok”, libański pisarz i poeta, Khalil Gibran. Odziera to z przymusu bycia kimś, kto musi wszystko zbudować od zera. Z trwogą, ale codziennie, przekonuję się do tej myśli, że nie o wzorowe wychowanie chodzi, ale o wrażliwość na to, by słuchać i sprawić, by chciało się być wysłuchanym.

 

Wasze dzieci nie są waszym potomstwem.

Zrodziła je tęsknota Życia za życiem.

Przychodzą do was, ale nie do was należą.

 

Możecie dać im swą miłość, ale nie myśli,

gdyż własne myśli mają.

Możecie dać dom ich ciału, ale nie duszy,

bo ich dusza zamieszkuje dom jutra,

dokąd wy nawet w snach pójść nie możecie.

Możecie próbować być jak one,

lecz nie czyńcie ich podobnymi sobie.

 

 

 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail