Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Bóg patrzy na Ciebie z miłością, która wyzwala. Ty też tak możesz. Porozumienie bez przemocy

ROZMOWA PRZYJACIÓŁ
Shutterstock
Udostępnij

Z dr Joanną Barcik, filozofem religii, żoną i mamą, o programie Marshalla B. Rosenberga Porozumienie Bez Przemocy (PBP, ang. NVC), rozmawia Małgorzata Bilska

Małgorzata Bilska: Jak długo zajmujesz się Porozumieniem Bez Przemocy? I skąd ta fascynacja?

Dr Joanna Barcik: Razem z mężem jesteśmy związani z NVC od jakichś 5 lat. Zaczęło się od warsztatów dla rodziców w przedszkolu córki. Ten sposób budowania wzajemnych relacji okazał się zgodny z naszymi intuicjami, więc postanowiliśmy iść w tym kierunku dalej. Jeździmy na obozy rodzinne, uczestniczymy w warsztatach. Cały czas się uczymy. Paradoksalnie im dłużej to trwa, tym więcej wysiłku nas to kosztuje, ale też dostrzegamy w tej metodzie wielką wartość.

O co chodzi w NVC? Rosenberg rozróżnia empatyczny język żyrafy od języka szakala – oceniającego, zawierającego czasem elementy przemocy emocjonalnej.

Na pewno nie odpowiem tutaj na pytanie, czym „tak naprawdę” jest NVC. Dla mnie jest metodą komunikacji, ale też pewnym sposobem myślenia o relacji z drugim. I przede wszystkim jest praktyką dialogu. NVC to też krytyka kultury: sposobu, w jaki zostaliśmy wychowani do komunikowania się. Zwykle rządzi nim pytanie: kto ma rację? Kiedy walczymy o rację, oceniamy, osądzamy i obwiniamy siebie i innych, a przy tym tracimy z oczu drugą osobę. To Rosenberg nazywa językiem szakala. W języku żyrafy zaś skupiamy się na wyrażaniu własnych uczuć i stojących za nimi potrzeb, tak, by utrzymać kontakt.

Można przestać oceniać? Czym innym jest ocena osoby, a czym innym – zachowania lub słów. Każda kultura ma jednak etykę, odniesienie do dobra i zła. Jakiś system ocen.

Oceniamy automatycznie, to pozwala nam zorientować się w świecie, poczuć bezpieczniej. Ale kiedy mówię drugiemu, co powinien zrobić, siebie ustawiam w pozycji tego, kto wie lepiej. Kto jednak ustanowił mnie sędzią drugiego?

Gdy dokonuję oceny drugiego, zakładam, że sam z siebie nie ma on zasobów, żeby postępować „właściwie” – potrzebuje wskazówek, wyznaczania drogi, stawiania granic, bez tego mógłby się kompletnie pogubić, a nasza cywilizacja uległaby zagładzie! Tymczasem Rosenberg uważa, że mamy w sobie potrzebę wzbogacania świata i siebie nawzajem, obdarzania się dobrem. Tym chętniej je realizujemy, im mniej jesteśmy do tego zmuszani. Kluczowa jest tu wolność i własny wybór.

Jak wyrażać empatię i miłość bliźniego na co dzień? Lubimy szukać winnych, wytykamy grzechy. Krytykujemy, potępiamy.

I nic dobrego to nie przynosi, jedynie pogłębia konflikt. Rosenberg definiuje empatię inaczej niż czynimy to potocznie. To nie jest wczuwanie się w drugiego – tego realnie nie jesteśmy w stanie zrobić. Empatia to raczej zostawianie drugiej osobie przestrzeni, aby mogła bezpiecznie wyrazić swoje potrzeby i prośby o ich zaspokojenie. A potrzeby (współpracy, sensu, wolności, autonomii) są uniwersalne, niezależne od kultury i religii, zatem na ich poziomie otwiera się przestrzeń spotkania.

Dla mnie jest to perspektywa wyzwalająca. Rosenberg proponuje spojrzeć na drugiego człowieka jako na tego, który nie działa przeciwko mnie, ale próbuje zrealizować swoje potrzeby. Może niedoskonale, w sposób dla mnie nieakceptowalny. Kiedy jednak próbuję przebić się przez jego nieudolny język, usłyszeć uczucia i potrzeby, jakie za nimi stoją, pojawia się miejsce na relację.

Dla mnie najbardziej radykalnym zaprzeczeniem oceniania ludzi „z góry”, z wysokości bycia lepszym, jest wcielenie Boga.

Wcielenie jest najdoskonalszym wyrazem miłości Boga, stanięciem w autentycznym dialogu z człowiekiem. Jezus nie ocenia ludzi, z którymi się spotyka. Nawet przez najgorsze (z punktu widzenia żydowskiego Prawa) zachowania dostrzega konkretnego człowieka. Spojrzenie Jezusa nie jest spojrzeniem oceniającym, ale przyjmującym. Nie widzę u Jezusa moralizowania, tylko miłość i empatię. Żaden grzech nie jest w stanie zablokować tej miłości. Zbyt często patrzymy na chrześcijaństwo w kategoriach moralności, tymczasem u jego źródeł jest doświadczenie spotkania z żywym Bogiem.

Spotykam coraz więcej ludzi, którzy nie czują się już związani z Kościołem. Kiedy pytam o przyczyny tego zerwania zwykle słyszę: „zawsze czułem/am się oceniany/a”, „ciągle coś mi się każe lub czegoś zabrania”, „nie patrzy się na mnie jak na dojrzałą, mogąca decydować o sobie osobę”. Jeśli w Kościele zaczniemy od moralizowania, donikąd nie dojdziemy. Życie chrześcijańskie wyrasta z relacji, bez niej prawo może być postrzegane jedynie jako ograniczające. Jak kajdany.

W czym pomaga Ci Rosenberg? Na przykładzie.

Wracam z pracy do domu w sobotę. Mąż i dziecko bawią się na podłodze, jest bałagan, obiad nieugotowany, jestem potwornie głodna. Przez kilka lat reagowałam złością. Myślałam sobie: nie liczę się dla nich. Teraz w takiej sytuacji robię wdech i… widzę Łukasza i Lolkę, którzy realizują swoje potrzeby zabawy, bycia razem. Nie działają przeciwko mnie. Wtedy jestem w stanie wspólnie z nimi poszukać strategii, która pozwoli zaspokoić moją potrzebę jedzenia, uwzględniając ich potrzebę zabawy. Bo, jak mówi Rosenberg, nasze potrzeby nie są w konflikcie. W konflikcie mogą być sposoby, w jakie chcielibyśmy je zaspokoić. Kiedy uda mi się dotrzeć do moich potrzeb, mogę poszukać różnorodnych strategii na ich zaspokojenie. Zdarza się, że jem, zanim wrócę do domu, czasem gotujemy coś wspólnie.

Gdy patrzę na innych poprzez pryzmat potrzeb, nie odczytuję działań innych jako raniących. Mogę dostrzec, że – mówiąc językiem religijnym – druga osoba jest tak samo kochana przez Boga, jak ja. Nie do mnie należy jej ocenianie i zmienianie. Jedyne, co mogę zmienić, to siebie.

Czyli zamiast pouczać i zmieniać innych, zaczynać od siebie? Inni pójdą za nami, jeśli nie będziemy ich do tego zmuszać?

Zazwyczaj chcemy zmieniać innych, na przykład wychowując przez kary i nagrody. To bywa doraźnie skuteczne, ale nie uczy dojrzałości. W komunikacji empatycznej rezygnuję z wywierania wpływu na rzecz prośby, mając świadomość, że gdy wypowiadam prośbę, pozostawiam drugiemu przestrzeń wolności.

Rosenberg twierdzi, że wszyscy chcemy żyć w pokoju, w miłości, w bezpieczeństwie, tylko czasem wybieramy strategie niemożliwe do zaakceptowania przez innych. To optymistyczne spojrzenie na człowieka, momentami brakuje mi dramatyzmu św. Pawła, który mówi „Widzę dobro, ale idę za złem”.

Rozumiem jednak, że gdy patrzę na drugiego przez pryzmat jego dążenia do dobra (tego zresztą uczy również np. św. Tomasz z Akwinu), pamiętając, że realizuje on swoje potrzeby w sposób najlepszy, w jaki umie, łatwiej jest mi otworzyć na niego serce niż wtedy, gdy zakładam, że w złośliwości chce mi zaszkodzić.

Jezus powiedział dość jasno: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

Bóg nie ocenia. Nie patrzy na człowieka przez pryzmat grzechu, ale od niego uwalnia. Wrzuca w głębokości morskie wszystkie nasze grzechy, jak mówi proroctwo Micheasza (Mi 7,19). Nie chce o nich pamiętać. Patrzy z miłością, która wyzwala.

 

Kampania #JezusNieHejtował została przygotowana przez portal Aleteia.pl w ramach tegorocznego Dziedzińca Dialogu

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail