Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
„Mamma Mia!”, „To właśnie miłość” czy dowolna część serii o Bridget Jones to gwarantowane poprawiacze nastroju. Potrzebujesz czegoś mniej nieoczywistego? Zobacz filmowe sposoby na chandrę!
Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
„Mamma Mia!” czy seria filmów o Bridget Jones to „oczywista oczywistość” dla pogrążonych w chwilowych smutkach. Ale mam dla was kilka mniej oczywistych sugestii, które działają – przynajmniej na mnie – równie skutecznie, choć nieco łagodniej, a za to może bardziej długofalowo.
To mój osobisty zestaw filmów o nadziei. Tak, o nadziei – matce głupich, naiwnych, prostaczków, stukniętych i nieprzystosowanych szaleńców o zbyt wybujałej wyobraźni. Opowiadają o takiej nadziei i takiej pasji, która sprawia, że niemal zaszczytem jest zaliczać się do tego grona. Nie są najnowsze, nie wszystkie zbierały sześciogwiazdkowe recenzje, śmiech miesza się w nich ze łzami, ale polecam je z czystym sumieniem.
„Fisher King” – kojąca baśń bez happy endu
Narcystyczny i cyniczny, ale ogromnie popularny prezenter radiowej stacji, Jack Lucas (Jeff Bridges) opowiada na antenie, co mu ślina na język przyniesie. W efekcie dochodzi do tragedii – jeden ze słuchaczy, zachęcony słowami Lucasa, strzela do ludzi w restauracji. Prezenter traci pracę, pozycję, wszystko. W nowym środowisku, wśród nowojorskich mętów, spotyka kompletnego szaleńca, Parry’ego. To były profesor uniwersytetu (Robin Williams) – jego żona zginęła w tamtej strzelaninie, a on nie podźwignął się z dramatu i postradał zmysły, jest przekonany, że po ulicach Nowego Jorku ściga go upiorny Czerwony Jeździec. Lucas, trawiony wyrzutami sumienia, postanawia pomóc Parry’emu w poszukiwaniach… Świętego Graala, co na terenie amerykańskiej metropolii może wywołać wiele co najmniej nieoczekiwanych zdarzeń.
Ten wzruszający miks tragedii i komedii, realności i fantastyki ma moc strasznej, śmiesznej, pięknej i – mimo braku happy endu – kojącej baśni. Tytułowy Fisher King, czyli Król Rybak, to postać z legend arturiańskich, okaleczony władca, który w poszukiwaniach Świętego Graala potrzebuje wsparcia. Ale warto też zauważyć kilka innych kluczy do interpretacji tej legendy, skupionych wokół postaci Rybaka. I pewnie nie wiedzieliście, że po francusku słowa „rybak” (pêcheur) i „grzesznik” (pécheur) brzmią niemal tak samo.
https://www.youtube.com/watch?v=kyKGLSKXZkw
„Król Kalifornii” – szaleńcy widzą więcej
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie szaleńcy widzą i wiedzą więcej. Pomysł Charlie’go (Michael Douglas), że pod posadzką centrum handlowego spoczywa skarb, hiszpańskie złoto, i czeka na wydobycie, nie należy do rzeczowych i wyważonych. Konsekwencja i spryt w realizacji przedsięwzięcia zasługują na aplauz. Nie zdziwi Was pewnie, że Charlie dopiero co opuścił progi szpitala psychiatrycznego, nie zdziwi Was też, że w swój misterny plan wciąga córkę Mirandę, która – osierocona przez matkę – próbowała zbudować względnie normalny, ułożony świat.
Jak to się stało, że Miranda postanawia towarzyszyć ojcu w szalonej eskapadzie, jakie cudowne przemyślenia będą oboje snuć o świecie, który się zmienia, wcale nie na lepsze? Prawdziwa do bólu, nieoczywista opowieść o podążaniu za marzeniami i o złożonych relacjach rodzinnych.
https://www.youtube.com/watch?v=Y9sCV3v4GcI
„Pani Doubtfire” – bezwarunkowa miłość taty
Znów czarujący, nieodżałowany Robin Williams w roli lekkomyślnego, a zakochanego w dzieciach ojca. Konfrontacja dwóch postaw rodzicielskich: z jednej strony rzeczowa matka, z drugiej średnio odpowiedzialny i co gorsza, nieumiejący zarabiać ojciec (aktor, artysta, brrr!). Po kompletnie zwariowanym dziecięcym przyjęciu urodzinowym, zorganizowanym przez tatę (nie takie małe zoo, głośna muzyka, tańce na stole, interwencja policji), mama decyduje o rozwodzie.
Do czego posunie się ojciec, żeby widywać dzieci? Jeśli wiecie, obejrzyjcie jeszcze raz, jeśli nie – przyjemność będzie tym większa. Obiecuję, będziecie płakać i śmiać się do łez. To jest film o ojcowskiej miłości bezwarunkowej, takiej, której niestraszne największe dla testosteronu upokorzenie – rezygnacja z męskości. Oboje rodzice skorzystają na tej konfrontacji, oboje też – tak sądzę – czegoś ważnego się nauczą.
https://www.youtube.com/watch?v=PqxpC_jYncE
„K-PAX” – otwarty na przyjęcie Boga?
„K-PAX” nie spodobał się krytykom. Pisali, że jeśli widziało się „Lot nad kukułczym gniazdem”, to nie ma o czym mówić. Twórcy mieli też sprawę sądową o plagiat. Tak czy inaczej, opowieść o Procie (Kevin Spacey), który skutecznie udowadnia swojemu psychiatrze (Jeff Bridges), że przybył z dalekiej planety K-PAX, stawia pod znakiem zapytania naszą – jako rodzaju ludzkiego – dobroć i mądrość. Dowiemy się, skąd naprawdę jest Prot, ale nie będzie to przyjemne rozwiązanie zagadki, przeciwnie. Będzie rozpacz i gniew.
A gdzie nadzieja? Zobaczcie, jaki wpływ ma Prot na pozostałych pensjonariuszy kliniki psychiatrycznej. Co im obiecał? Do czego będą zdolni, żeby sprostać jego wymaganiom? „K-PAX”, nazwę rodzinnej planety Prota, Amerykanie wymawiają jako „kej-paks” – my możemy spróbować, jak brzmi „ka-paks”. A brzmi podobnie do łacińskiego „capax” – zdolny, uzdolniony; „capax Dei” to znaczy „otwarty na przyjęcie Boga”. Nieobowiązkowy, ale możliwy do przyjęcia klucz. Ja go lubię.
https://www.youtube.com/watch?v=vIY7GbSIQH8
„Uczta Babette” – wszystko jest możliwe!
Film na podstawie opowiadania Karen Blixen rozgrywa się powoli i bez fajerwerków. Rzecz dzieje się w Danii. Tytułowa Babette to francuska emigrantka, służąca u dwóch niezamężnych sióstr, córek pastora. Kiedy niespodziewanie wygrywa ogromne pieniądze na loterii – opłaconej jeszcze we Francji – postanawia urządzić wspaniałą kolację dla kręgu duńskich znajomych.
Jak hojny i nieprawdopodobny był to prezent, okaże się po wszystkim. Tymczasem oglądamy absolutny majstersztyk wizualny i aktorski oraz cudowną dramaturgicznie zbitkę dwóch sposobów życia: protestanckiej ascezy, nie tylko w sensie materialnym, ale i emocjonalnym – ze smakiem i czułością dla urody życia. Dzięki licznym retrospekcjom dowiadujemy się, kim była Babette we Francji, dlaczego emigrowała – możemy też spróbować zrozumieć jej szczodry, a irracjonalny gest.
Film na szczęście nie dopowiada nic do końca i zostawia nas w szczęśliwym zdumieniu nad tym, jak bosko złożoną istotą jest człowiek. Daje wiarę graniczącą z pewnością, że na tym smętnym, choć mimo wszystko pięknym świecie wszystko jest możliwe, a artysta nigdy nie jest biedny.







