Aleteia

Masz chandrę? Zobacz koniecznie tych 5 filmów!

Udostępnij
Komentuj

„Mamma Mia!”, „To właśnie miłość” czy dowolna część serii o Bridget Jones to gwarantowane poprawiacze nastroju. Potrzebujesz czegoś mniej nieoczywistego? Zobacz filmowe sposoby na chandrę!

„Mamma Mia!” czy seria filmów o Bridget Jones to „oczywista oczywistość” dla pogrążonych w chwilowych smutkach. Ale mam dla was kilka mniej oczywistych sugestii, które działają – przynajmniej na mnie – równie skutecznie, choć nieco łagodniej, a za to może bardziej długofalowo.

To mój osobisty zestaw filmów o nadziei. Tak, o nadziei – matce głupich, naiwnych, prostaczków, stukniętych i nieprzystosowanych szaleńców o zbyt wybujałej wyobraźni. Opowiadają o takiej nadziei i takiej pasji, która sprawia, że niemal zaszczytem jest zaliczać się do tego grona. Nie są najnowsze, nie wszystkie zbierały sześciogwiazdkowe recenzje, śmiech miesza się w nich ze łzami, ale polecam je z czystym sumieniem.

 

„Fisher King” – kojąca baśń bez happy endu

Narcystyczny i cyniczny, ale ogromnie popularny prezenter radiowej stacji, Jack Lucas (Jeff Bridges) opowiada na antenie, co mu ślina na język przyniesie. W efekcie dochodzi do tragedii – jeden ze słuchaczy, zachęcony słowami Lucasa, strzela do ludzi w restauracji. Prezenter traci pracę, pozycję, wszystko. W nowym środowisku, wśród nowojorskich mętów, spotyka kompletnego szaleńca, Parry’ego. To były profesor uniwersytetu (Robin Williams) – jego żona zginęła w tamtej strzelaninie, a on nie podźwignął się z dramatu i postradał zmysły, jest przekonany, że po ulicach Nowego Jorku ściga go upiorny Czerwony Jeździec. Lucas, trawiony wyrzutami sumienia, postanawia pomóc Parry’emu w poszukiwaniach… Świętego Graala, co na terenie amerykańskiej metropolii może wywołać wiele co najmniej nieoczekiwanych zdarzeń.

Ten wzruszający miks tragedii i komedii, realności i fantastyki ma moc strasznej, śmiesznej, pięknej i – mimo braku happy endu – kojącej baśni. Tytułowy Fisher King, czyli Król Rybak, to postać z legend arturiańskich, okaleczony władca, który w poszukiwaniach Świętego Graala potrzebuje wsparcia. Ale warto też zauważyć kilka innych kluczy do interpretacji tej legendy, skupionych wokół postaci Rybaka. I pewnie nie wiedzieliście, że po francusku słowa „rybak” (pêcheur) i „grzesznik” (pécheur) brzmią niemal tak samo.

 

„Król Kalifornii” – szaleńcy widzą więcej

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie szaleńcy widzą i wiedzą więcej. Pomysł Charlie’go (Michael Douglas), że pod posadzką centrum handlowego spoczywa skarb, hiszpańskie złoto, i czeka na wydobycie, nie należy do rzeczowych i wyważonych. Konsekwencja i spryt w realizacji przedsięwzięcia zasługują na aplauz. Nie zdziwi Was pewnie, że Charlie dopiero co opuścił progi szpitala psychiatrycznego, nie zdziwi Was też, że w swój misterny plan wciąga córkę Mirandę, która – osierocona przez matkę – próbowała zbudować względnie normalny, ułożony świat.

Jak to się stało, że Miranda postanawia towarzyszyć ojcu w szalonej eskapadzie, jakie cudowne przemyślenia będą oboje snuć o świecie, który się zmienia, wcale nie na lepsze? Prawdziwa do bólu, nieoczywista opowieść o podążaniu za marzeniami i o złożonych relacjach rodzinnych.

 

„Pani Doubtfire” – bezwarunkowa miłość taty

Znów czarujący, nieodżałowany Robin Williams w roli lekkomyślnego, a zakochanego w dzieciach ojca. Konfrontacja dwóch postaw rodzicielskich: z jednej strony rzeczowa matka, z drugiej średnio odpowiedzialny i co gorsza, nieumiejący zarabiać ojciec (aktor, artysta, brrr!). Po kompletnie zwariowanym dziecięcym przyjęciu urodzinowym, zorganizowanym przez tatę (nie takie małe zoo, głośna muzyka, tańce na stole, interwencja policji), mama decyduje o rozwodzie.

Do czego posunie się ojciec, żeby widywać dzieci? Jeśli wiecie, obejrzyjcie jeszcze raz, jeśli nie – przyjemność będzie tym większa. Obiecuję, będziecie płakać i śmiać się do łez. To jest film o ojcowskiej miłości bezwarunkowej, takiej, której niestraszne największe dla testosteronu upokorzenie – rezygnacja z męskości. Oboje rodzice skorzystają na tej konfrontacji, oboje też – tak sądzę – czegoś ważnego się nauczą.

 

„K-PAX” – otwarty na przyjęcie Boga?

„K-PAX” nie spodobał się krytykom. Pisali, że jeśli widziało się „Lot nad kukułczym gniazdem”, to nie ma o czym mówić. Twórcy mieli też sprawę sądową o plagiat. Tak czy inaczej, opowieść o Procie (Kevin Spacey), który skutecznie udowadnia swojemu psychiatrze (Jeff Bridges), że przybył z dalekiej planety K-PAX, stawia pod znakiem zapytania naszą – jako rodzaju ludzkiego – dobroć i mądrość. Dowiemy się, skąd naprawdę jest Prot, ale nie będzie to przyjemne rozwiązanie zagadki, przeciwnie. Będzie rozpacz i gniew.

A gdzie nadzieja? Zobaczcie, jaki wpływ ma Prot na pozostałych pensjonariuszy kliniki psychiatrycznej. Co im obiecał? Do czego będą zdolni, żeby sprostać jego wymaganiom? „K-PAX”, nazwę rodzinnej planety Prota, Amerykanie wymawiają jako „kej-paks” – my możemy spróbować, jak brzmi „ka-paks”. A brzmi podobnie do łacińskiego „capax” – zdolny, uzdolniony; „capax Dei” to znaczy „otwarty na przyjęcie Boga”. Nieobowiązkowy, ale możliwy do przyjęcia klucz. Ja go lubię.

 

„Uczta Babette” – wszystko jest możliwe!

Film na podstawie opowiadania Karen Blixen rozgrywa się powoli i bez fajerwerków. Rzecz dzieje się w Danii. Tytułowa Babette to francuska emigrantka, służąca u dwóch niezamężnych sióstr, córek pastora. Kiedy niespodziewanie wygrywa ogromne pieniądze na loterii – opłaconej jeszcze we Francji – postanawia urządzić wspaniałą kolację dla kręgu duńskich znajomych.

Jak hojny i nieprawdopodobny był to prezent, okaże się po wszystkim. Tymczasem oglądamy absolutny majstersztyk wizualny i aktorski oraz cudowną dramaturgicznie zbitkę dwóch sposobów życia: protestanckiej ascezy, nie tylko w sensie materialnym, ale i emocjonalnym – ze smakiem i czułością dla urody życia. Dzięki licznym retrospekcjom dowiadujemy się, kim była Babette we Francji, dlaczego emigrowała – możemy też spróbować zrozumieć jej szczodry, a irracjonalny gest.

Film na szczęście nie dopowiada nic do końca i zostawia nas w szczęśliwym zdumieniu nad tym, jak bosko złożoną istotą jest człowiek. Daje wiarę graniczącą z pewnością, że na tym smętnym, choć mimo wszystko pięknym świecie wszystko jest możliwe, a artysta nigdy nie jest biedny.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail