Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Nie mogę sprawić, żeby te dzieci nie umarły. Ale mogę je adoptować, żeby nie umierały samotnie

CORI SALCHERT
Udostępnij

Cori Salchert była pielęgniarką i matką ośmiorga dzieci. Kiedy zapadła na przewlekłą chorobę, okazało się, że musi zrezygnować z pracy zawodowej. Pytała Boga, czego od niej oczekuje. Krótko później otrzymała telefon, który zmienił jej życie.

Dzwonili pracownicy szpitala, którzy znali wcześniejsze zaangażowanie Cori w opiekę nad dziećmi hospicyjnymi i chcieli coś jej zaproponować. Na oddziale przebywała dwutygodniowa dziewczynka, urodzona z poważną wadą mózgu, nierokującą nadziei na przeżycie. Jej rodzice, odkrywszy chorobę dziecka, pozostawili ją w szpitalu, nie nadając jej nawet imienia.

 

Dziewczynka, która żyła 50 dni

Cori, razem z mężem i pozostałymi dziećmi, postanowili przyjąć do siebie dziewczynkę. Mała Emmalynn – od tej pory miała już imię – żyła przez 50 dni. Niemal cały ten czas spędziła na rękach Cori, jej męża lub któregoś z ich dzieci. Nawet w nocy nie zostawiali jej samej, tulili ją na zmianę całymi godzinami. Tego wieczoru, kiedy Emmalynn umarła, Cori czuwała przy niej razem ze swoją córką. Trzymając ją na rękach śpiewały jej cicho piosenkę „Jezus mnie kocha”. Dziewczynka nie cierpiała, nie bała się i przede wszystkim – nie była samotna.

Cała rodzina żegnała Emmalynn z wielkim bólem. Cori do tej pory mówiąc o niej płacze, bo tęskni i jednocześnie uśmiecha się – bo czeka na spotkanie po drugiej stronie.

Krótko później państwo Salchert otworzyli swój dom dla kolejnego dziecka.

 

Umierające dziecko. Dar miłości

W ich życiu pojawił się czteromiesięczny Charlie cierpiący na chorobę mózgu, która zwykle powoduje śmierć przed drugim rokiem życia. Chłopiec musi być przez cały czas podłączony do specjalistycznej aparatury, ale jego nowi rodzice postarali się o wózek, w którym mogą zabierać go na spacery i o łóżko, na którym mogą leżeć razem z nim i go przytulać. Charlie – wbrew prognozom medycznym – nadal żyje. Cały czas jest otoczony miłością.

Ta miłość nie przyszła jednak ani łatwo, ani natychmiastowo. Choroba Charliego sprawiła, że chłopiec nie może w żaden sposób kontaktować się z otoczeniem, ma nienaturalnie wywrócone oczy, wykręconą sylwetkę.

Dokonałam wyboru, żeby go kochać. Działać tak, jak chciałam czuć. To nie wydarzyło się w ciągu jednej nocy, ale Bóg dał mi, całej naszej rodzinie, głęboką miłość do tego chłopca. Teraz, kiedy całuję jego policzki, moje serce wypełnia się uwielbieniem, które czasem doprowadza mnie nawet do łez. To dar, który otrzymałam prosto z serca Boga – pisze Cori na swoim profilu na Facebooku.

 

 

Dom dla siedmiorga umierających dzieci

Aktualnie rodzina opiekuje się też czternastoletnim TBearem będącym w podobnym stanie, co Charlie. Łącznie w ich domu w ciągu kilku lat znalazło schronienie siedmioro terminalnie chorych dzieci. Cori w tekście opublikowanym na stronie today.com pisze: „To błogosławieństwo, być częścią ich życia, mieć możliwość ulżyć im w cierpieniu, opiekować się i kochać mimo że w swoim stanie nie mogą nawet odwdzięczyć się uśmiechem”. W innym miejscu dodaje: „Zbyt wiele osób nie robi nic, ponieważ wiedzą, że nie mogą zrobić wszystkiego i nie mogą uratować każdego. Chociaż nie mogę pomóc każdemu dziecku, jestem szczęśliwa mogąc polepszyć życie chociaż tych kilku”.

 

Czy pomoc nie jest czymś normalnym?

Cori i jej mąż Mark spędzają większość dni na zmienianiu pieluch, podawaniu lekarstw, przekładaniu dzieci z boku na bok, żeby uniknąć odleżyn, sprawdzaniu respiratorów, przygotowywaniu mieszanek odżywczych. Nie mają jak wyjechać na wakacje. „Dlatego właśnie uczyniliśmy nasz dom miejscem, w którym chcemy być i z którego nie chcemy nigdzie uciekać” – pisze Cori i dodaje, że spełniły się jej nastoletnie marzenia o „domu z otwartymi drzwiami”, do którego znajomi i (jeszcze) niezbyt znajomi przychodzą porozmawiać, popłakać, podzielić się radością.

Na wyrazy podziwu dla ich pracy Cori odpowiada zdziwieniem. Na Facebooku pisze: „Oboje uznaliśmy, że opieka nad chorymi dziećmi to coś, co jesteśmy w stanie zrobić. Dlaczego ma to być czymś niesamowitym? Czuję się zmieszana. Czy okazywanie współczucia tym, którzy są w potrzebie i wymagają pomocy nie jest czymś normalnym”?

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail