Aleteia

Boże Narodzenie, czyli pęknięcie nieba. Ks. Tischner na święta

EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Na święta Bożego Narodzenia ks. Tischner napisał kiedyś tekst „Trzask pękającego nieba”. Zwykle poruszenie nieba kojarzymy z męką Jezusa. Tu jest inaczej – niebo całe się trzęsie w momencie narodzin. Jakby cała natura rodziła. To w nas samych musi dojść do „pęknięcia nieba”, aby ujawniło się dziecko, które w nas jest… Na co dzień nie dopuszczamy go do głosu.

Z Wojciechem Bonowiczem – poetą, publicystą i biografem ks. Józefa Tischnera – rozmawia Małgorzata Bilska.

 

Małgorzata Bilska: Spędziłeś kiedyś święta Bożego Narodzenia z ks. Józefem Tischnerem?

Wojciech Bonowicz: Nie, ale spędzam je z jego tekstami. Tischnerowi zawdzięczam pewną inspirację, jak je spędzać. W Boże Narodzenie czytuję teksty, które zwykło się czytać w Wielkim Poście – i na odwrót. Jak nadchodzi Wielkanoc, to czytam teksty o Bożym Narodzeniu.

Zauważyłem, że w tekstach Tischnera często jest odwołanie do innego okresu roku liturgicznego, co ma nam przypominać, że życie Jezusa to cała historia. A nie tylko jeden moment, w którym się cieszymy lub smucimy – żeby za chwilę znowu się cieszyć. To są wszystko elementy jednej historii i to jest chyba najważniejsza inspiracja, jaką mi Tischner zostawił. Nigdy wprost nie sformułował takiej sugestii, ale to jest w jego tekstach. Połączenie narodzin ze śmiercią i świadomość, że narodziny są dla śmierci, ale też dla zwycięstwa nad śmiercią.

 

Czy taka integralna, całościowa perspektywa może mieć u źródła góralską prostotę, w której się wychował?

Wydaje mi się, że raczej jest to efekt lektury mistyków. Z kultury góralskiej pochodzi przekonanie, że w religii ważny jest konkret. Kultura ludowa w ogóle, a podhalańska w szczególności, nie znosi abstrakcji. Jak Bóg się narodził, to się narodził – to jest konkretne. Gdzieś się to stało, ktoś przy tym był. Stąd też „udomowienie” całej świętej historii: stajenkę otacza śnieg, pasterze idą do żłobu przez zaspy itd.

Wyobraźnia góralska nie lubi dalekich, nieoswojonych pejzaży. Ona to wydarzenie umieszcza w pobliżu, w scenerii, którą zna. Tischner chętnie wykorzystywał ten motyw w kazaniach, w tekstach. Kultura góralska dokonuje zakorzenienia w sposób naturalny, a stoi za tym głęboka myśl: „Gdzie, jak nie tutaj?” (śmiech) Albo odwrotnie – jeśli nie tutaj, to nigdzie. Jeśli to nie dzieje się między nami, w naszym świecie, naszej ojczyźnie, to tak, jakby się w ogóle nie wydarzyło.

 

Bóg jest nie tyle „z nami”, co „między nami”?

I z nami, i między nami. Świętowanie rozgrywa się zawsze „między”, z czym mamy wiele problemów. Trzeba się „między” sobą połamać opłatkiem, co czasem wywołuje rodzaj zawstydzenia, skrępowania. Pojawiają się jakieś przeszkody. Jest taki dziennik Tischnera z lat młodości, w którym szesnastoletni Józek opisuje, jak bardzo krępujące jest dla niego składanie życzeń rodzicom. Ogromnie ich szanuje, ale gest wyciągnięcia opłatka i złożenia życzeń przychodzi mu z trudem. To jest typowe doświadczenie wśród nastolatków…

My też miewamy z tym problem. Czasem na wigilii zjawi się ktoś, kogo dawno nie widzieliśmy, powinno dojść do pojednania. Nie bardzo potrafimy znaleźć słowa. Tischner mówi, że konkret narodzin Jezusa polega na tym, że każdy człowiek się jakoś przełamuje. W sferze „między” coś się zaczyna dziać.

Na święta Bożego Narodzenia napisał kiedyś tekst „Trzask pękającego nieba”. Zwykle poruszenie nieba kojarzymy z męką Jezusa: wtedy niebo ciemnieje, jest burza itd. Tu jest inaczej – niebo całe się trzęsie w momencie narodzin. Jakby cała natura rodziła. A jednocześnie te słowa odnoszą się do czegoś, co dzieje się wewnątrz – to w nas samych musi dojść do „pęknięcia nieba”, aby ujawniło się dziecko, które w nas jest… Na co dzień nie dopuszczamy go do głosu.

 

Rodzice po przejściu na emeryturę przeprowadzili się do Starego Sącza, a ks. Tischner jeździł do nich na wigilię. Odprawiał pasterkę u sióstr klarysek.

To była tradycja, od której właściwie nie było odstępstw. Raz Służba Bezpieczeństwa (SB) wyłączyła mu nawet prąd w tym kościele, żeby nie mógł powiedzieć kazania.

 

Na stronie tischner.pl znalazłam kilka jego kazań pasterkowych. W tym z 1986 roku zachwycał się darami pasterzy dla Jezusa, którzy przynieśli „z serca wzięte” wytwory talentów: osełkę masła, ser; przyszły z nimi owieczki. Rok później mówił: „Może Mu nawet ofiarowali jakiś dar, ale Mu nie ofiarowali siebie. Może rzucili przed stopy Boga jakiś kawałek chleba, kawałek sera, jakąś owieczkę, ale siebie zatrzymali dla siebie.” Skąd ta sprzeczność?

W tekstach dotyczących spraw duchowych tego typu sprzeczności są pozorne. Mistycy raz namawiają do bierności, bo jak się otworzymy, nie będziemy Bogu przeszkadzać, to On przyjdzie. A zaraz potem do aktywności – żeby się ruszyć, coś zrobić. Wytyka się takie niekonsekwencje papieżowi Franciszkowi. Tymczasem język religijny ma to do siebie, że może posługiwać się obrazami, które wydają się logicznie sprzeczne, a jak się nad nimi zastanowić, to są komplementarne.

Przesłanie Tischnera jest proste: w gruncie rzeczy zawsze ofiarowujemy siebie. Jeśli w tym, co dajemy, nas nie ma, będzie to można poznać po naszym prezencie. Święta muszą się w nas uwewnętrznić. Człowiek musi się stać odrobinę lepszym. Dlatego na stronie tischner.pl umieściłem właśnie fragment innego kazania ze Starego Sącza, które odwołuje się do sformułowania „Pokój ludziom dobrej woli”. Co to za ludzie? – pyta Tischner.

To ci, którzy wchodzą między nas i „zarażają” nie wirusami, a zdrowiem. Potrzeba ludzi, którzy wchodzą między nas z dobrą wolą – czyli wolą dobra. Jesteśmy przytłoczeni wyobrażeniem, że zło jest silne, szybko się nim zarażamy. Siłą Tischnera było przypominanie, że dobro działa podobnie – też bywa zaraźliwe. Może nie jest tak ofensywne, ale rozprzestrzenia się na podobnej zasadzie.

Pozytywna idea odpala się jak świeczka od świeczki – czy to będzie wolność, dobro, czy jakaś forma miłosierdzia. Pod warunkiem, że się uwierzy, iż jest to możliwe. Tischner wierzył, że w człowieku można obudzić dobrą wolę, bo ona w nim jest. Może być przesłonięta rozmaitymi iluzjami, lękami, nadmiernymi ambicjami, ale jest.

Z góralskiej kultury bierze się pewien rodzaj życiowej trzeźwości. Z góralami trzeźwość nie bardzo się kojarzy (śmiech), ale tu chodzi o cały stosunek do życia. Także do życia nadprzyrodzonego. Tischner lubił cytować piękne opowiadanie Tetmajera o tym, jak zbójnik Józef Smaś idzie się wyspowiadać – po góralsku „wysłuchać” – do Ludźmierza. Ubiera się pięknie, bo ma nagrzeszone sporo. Zajeżdża z góralską kapelą, która gra – no bo jedzie się spotkać z najważniejszym Harnasiem. Klęka przy konfesjonale i jak się spowiada? „Zabić to-jek zabił. Ale bez potrzeby to nie…” (śmiech)

(śmiech)

Dlaczego to jest piękne? Bo on, po pierwsze, nie spowiada się z cudzych grzechów, jak to nieraz bywa, tylko ze swoich. A po drugie ma argumenty na swoją obronę. Spowiedź jest pełna godności. Tischner szalenie lubił to opowiadanie. Drażniła go religijność siebie niepewna.

 

Lubił prostolinijność?

Tak. W końcu ten zbójnik przychodzi jednak do spowiedzi. Stara się być lepszy – ale tak naprawdę lepszy. Najtrudniejszy i najpiękniejszy rys Świąt to właśnie wola zmiany na lepsze. Po co właściwie w naszym życiu jest wiara? Żeby nas zmobilizować do konkretów. Nie są ważne wielkie programy – jak się obronić przed pogaństwem czy islamem, ale zmiana pokręconego, porozbijanego życia – mojego, w moim domu. W Boże Narodzenie ono może się zacząć sklejać.

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail