Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Wiesz, jaki jest klucz do wychowania dziecka?

DZIEWCZYNKA Z LIŚCIEM
Gabby Orcutt/Unsplash | CC0
Udostępnij

To jest chyba moje największe odkrycie w ostatnim czasie i chciałabym się nim z Wami podzielić. Dostrzegłam antynomię w postrzeganiu sensu rodzicielskiej miłości (pisałam o tym tydzień temu, zachęcam do odświeżenia tekstu :). Co ciekawe, właśnie to, a nie milion wysłuchanych rekolekcji sprawiło, że inaczej spojrzałam na Boga.

Zauważyłam, że wciąż jeszcze miłość do dziecka zatrzymuje się – w mniejszym lub większym stopniu – na granicy trzymania go w uległości wobec siebie. W imię tzw. dyscypliny, dopuszczamy się różnego rodzaju manipulacji osadzonej na odmawianiu miłości, na czele których stoi kultowe „pójście do kąta” lub pozbawienie dziecka jakiejś przyjemności. O karach cielesnych nie wspomnę. Jak wiemy, są na nie paragrafy.

 

Więcej miłości, cierpliwości, delikatności to… słabość?

Tak naprawdę boimy się. Boimy się tego, co stanie się, gdy okażemy dziecku więcej miłości, cierpliwości, delikatności, spokoju. Prawdopodobnie nie ucichnie od razu i nie posłucha. O, to ostatnie najgorsze. Wyjdzie przecież na wierzch to, że nie daję sobie rady, że nie jestem traktowana na serio. Wiem to. Sama się tego boję i kilka razy na dzień zostaję „megaidiotką”.

Tak jak każdy rodzic, mam tendencję do snucia kombinacji o tym, jak przetrwać burzę w szklance wody. Jak uspokoić rozzłoszczonego małego człowieka. Jak znaleźć w sobie jeszcze kilka głębszych wdechów.

Nie pamiętam już, ile matek powiedziało mi na przestrzeni mojego życia: „Dzieci wyciągają ze mnie to, co najgorsze”. Patrząc na swoje doświadczenie, widzę, że problem nie leży po ich (często nieposkromionej) stronie. To nasze rodzicielstwo potrzebuje kierunku. Uświadomienia, czasem takiego do bólu.

Nastawiamy się na cele, szybkie utargi, zapominając o tym, że człowiek kształtuje się w indywidualnym procesie. Co to znaczy? Myślę, że coś, co obrazuje dialog, który usłyszałam w filmie pt. Exodus: Bogowie i królowie.

Czytaj także:
Sztuka kochania dziecka

 

Potrzebujesz mnie?

Mojżesz po nieudanej walce o wolność swojego narodu, idzie spotkać się z Bogiem. Tam zadaje Mu proste pytanie:

Mojżesz: Nie potrzebujesz mnie?

Bóg: Może nie.

Mojżesz: Mam nic nie robić?

Bóg: Na razie możesz obserwować.

Zaraz rozkręca się wszystko, co znamy z Księgi Wyjścia – plagi, ucieczka Izraelitów, przejście przez Morze Czerwone. Widzimy, że pomysły Mojżesza (choć ambitne i nie pozbawione strategii) zupełnie nie wpisują się w historię ocalenia, którą proponuje Bóg. Mojżesz stoi z boku, a wielkie cuda przewijają mu się przed oczami. Udziela się tylko w kluczowych momentach. Jest do dyspozycji Boga.

Dla mnie to fenomenalny obraz rodzicielstwa, które dzień po dniu dojrzewa do tego, aby pozwolić dziecku być takim, jakim jest, zanim zaproponuje mu się szereg rozwiązań. Ciekawe, że w ekranizacji Ridleya Scotta Bóg przybiera postać… Dziecka.

 

Obserwuj mnie

Obserwacja – to najwspanialsza rzecz, którą możemy manifestować naszą rodzicielską miłość. Jesteśmy tak mocno zaniepokojeni, tak mocno zawierzyliśmy działaniu, że nie starcza nam miejsca na zwyczajne bycie przy naszych dzieciach. „Poczekajmy chwilę i zobaczmy, co stanie się dalej” – napisałam sobie któregoś razu na lodówce, gdy sytuacja w domu mnie przerosła. Czy nie przypomina nam to stylem Kogoś, kto ciągle przy nas jest?

Narzucamy dzieciom zabawy, myślenie, sposób postrzegania i spędzania czasu, najeżdżamy ich dziewicze ziemie i budujemy na nich własne forty. Tymczasem wystarczy obserwować. Dać czas na postęp sytuacji. Stworzyć przestrzeń na nieoczekiwane rozwiązanie.

To trudne, bo przecież łatwiej, kiedy kontrolujemy. Rodzicielstwo stresuje nas do tego stopnia, że zamiast tworzyć własną historię, czujemy się więźniami pewnej roli, którą przyszło nam grać. Tak bardzo, że pomijamy nasze dzieci. Nawet o tym nie wiedząc, bo przecież wszystko robimy dla nich.

A chodzi o to, aby z nimi. To właśnie zrobił Jezus, stając się człowiekiem. Stał się Bogiem z nami. Nie dla nas.

To jest właśnie moje odkrycie, które pewnego dnia przyniosła mi lektura rozmyślań najzwyklejszego pod słońcem taty i socjologa, Alfiego Kohna („Wychowanie bez nagród i kar”) – miłość bezwarunkowa rodziców do swoich dzieci, to nic innego jak obraz miłości Tego, który jest naszym Ojcem.

 

Bezwarunkowa miłość Ojca

Wielu z nas odczuwa niemoc własnego rodzicielstwa, ponieważ nie wie, że sam jest aż tak bardzo kochanym przez Ojca. Bezwarunkowo, całkowicie, bez względu na okoliczności. Każdy z nas się z tym boryka. Nauczono nas walczyć o miłość, a nie ją przyjmować.

Alfie Kohn (prawdopodobnie o tym nie wiedząc) odpowiedział mi na pytanie, jaki jest Bóg, w sposób bardziej precyzyjny i dokładny niż niejeden rekolekcjonista. Więcej konkretów? Oto niektóre z nich:

Bóg nie stosuje kar cielesnych. Nie zsyła chorób lub wypadków po to, abyśmy cierpieli. Aby nas czegoś nauczyć. Bóg nie ma zawieszonego paska na firmamencie nieba i nie wymachuje nim w prawo i w lewo, gdy spóźnimy się w niedzielę do kościoła.

Bóg nie stosuje kar psychicznychcoming outów w postaci „specjalnego nie odzywania się do nas”. Nie szantażuje łaskami. Nie mówi – „Ty mi dasz to, a ja tobie co innego”. Bóg nie każe nas milczeniem. Nie ma takich intencji.

Bóg nie chce nas kontrolować. Nie jest policjantem. Nie dysponuje małym notesikiem wepchniętym za pazuchę, w którym notuje nasze słabości i grzechy. Potrafi być bardzo, bardzo cierpliwy, i przy tym wszystkim jeszcze nas nie oceniać.

Bóg nie zarywa sobie przez nas nocy, otwarcie mówi o swoich potrzebach. Nie jest nadopiekuńczy. Ufa nam, nawet wtedy, gdy my nie mamy o sobie zbyt dobrego zdania. Bóg nie wyolbrzymia naszych zalet, ani nie demonizuje naszych przywar. Już kiedyś dokonał Jednego Wyboru i mocno się go trzyma: „Umiłowałem cię odwieczną miłością, dlatego przyjaźnie przyciągnąłem cię do siebie” (Jr 31,3).

Bóg nie zawłaszcza sobie naszych decyzji. Nie wymusza posłuchu. Nie strzela piorunami. Daje silne oparcie. Szanuje naszą wolność.

Bóg nigdy nie odmówił swojemu dziecku miłości i nigdy nie pozwolił, aby ktoś na nią mógł zasłużyć. Nie działają na niego ofiary zewnętrzne i pochlebstwa, sam również ich nie rozsiewa. Interesuje Go serce. Relacja. Bliskość. Świadomość kochania i bycia kochanym. Życie z nim nie jest melodramatem, ale kto jak kto – On potrafi zapewnić o swojej miłości. Nieustannie i w najbardziej wymowny sposób.

 

O tym właśnie chciałam Wam napisać – mamy skąd czerpać siłę i inspirację. Niech nasz Ojciec nas przemienia.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail