Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Zamordowani za bochenek chleba. Wzruszająca historia Polaków ratujących Żydów

CHLEB
Toa Heftiba/Unsplash | CC0
Udostępnij

To dość mało znana historia, choć wydarzyła się zaledwie 20 km od obozu zagłady w Treblince.

W r. 1864 na terenie zależnego od Rosji Królestwa Polskiego zaczął się proces uwłaszczania chłopów. „Pamiątką” tego wydarzenia są liczne na terenie dawnej „Kongresówki” wsie i kolonie wiejskie z członem „Ukazy” w nazwie [od carskiego ukazu, czyli rozporządzenia].

Oprócz zniesienia obciążeń feudalnych nowe prawo zawierało również kilka innych zapisów znacząco ingerujących w stosunki społeczne na polskich ziemiach. Jednym z nich był zakaz przebywania Żydów na terenach poddanych uwłaszczeniu. Prawo to, jawnie oczywiście dyskryminujące, wpisywało się w ogólnoeuropejską tendencję do zakazywania Żydom posiadania ziemi i uprawiania roli. Dlatego też na całym kontynencie parali się oni najczęściej rzemieślnictwem i handlem, gromadząc się w diasporach głównie w ośrodkach miejskich, a na prowincji „Kongresówki” również w dobrach dworskich.

Na ziemiach polskich proces ten przybrał szczególnie na sile właśnie po roku 1864. Jednym ze skupisk ludności żydowskiej na północno-wschodnim Mazowszu stała się duża wieś Sadowne w dzisiejszym powiecie węgrowskim. W 50-letnim okresie między carskim ukazem a wybuchem I wojny światowej, domy swe wybudowały tam 24 rodziny żydowskie. Wszystkie z jednej strony głównej ulicy miejscowości (dzisiejsza ul. Kościuszki), po drugiej stronie były już dobra „ukazowe”.

Po wojnie i odzyskaniu przez Polskę niepodległości, gdy dyskryminujące zapisy zostały zniesione, napływ Żydów w okolice Sadownego jeszcze się nasilił. Działki, w dużej mierze na użytek rekreacyjny, kupowali tam m.in. liczni żydowscy kupcy z nieodległej Warszawy. W 1921 r. Żydów było we wsi 245, a w chwili wybuchu II wojny światowej już 380, co stanowiło ok. 40% ogólnej liczby mieszkańców. W trakcie okupacji w miejscowości pojawiali się też liczni uciekinierzy z transportów do pobliskiego niemieckiego obozu zagłady w Treblince.

Co ważne, mimo bliskości obozu, relatywnie dużej grupie Żydów z okolic Sadownego udało się przetrwać wojnę. Sprzyjało temu sąsiedztwo dużych kompleksów leśnych, stosunkowo szybsze nadejście Armii Czerwonej, a także wsparcie ze strony ryzykujących życiem polskich sąsiadów. O jednej z takich rodzin jest ta opowieść, posłuchajmy, co opowiedziała mi wnuczka zamordowanych Polaków:

Żydzi, którzy po wybuchu wojny uciekli z Sadownego, schronili się w zbudowanych przez siebie ziemiankach na dzisiejszym Mokrym Jeglu [rezerwat przyrody o charakterze bagiennym – przyp. red.] – opowiada Grażyna Olton. – W nocy przychodzili do wsi po jedzenie. A moi dziadkowie, Maria i Leon Lubkiewiczowie, już od 1914 r. prowadzili tutaj piekarnię. Podczas okupacji chleb sprzedawany był na kartki, a do dziadków często przychodziły niemieckie kontrole, które pilnowały, by tego chleba poza kartkami nie wydawać.

A dziadkowie w tajemnicy przed wszystkimi dawali Żydom chleb – dodaje p. Grażyna. – 13 stycznia 1943 r. ok. 18:00 przyszły do nich z lasu dwie Żydówki. I gdy wracały od dziadków z chlebem, zostały złapane przez Niemców. Zanim je rozstrzelano, powiedziały, od kogo ten chleb dostały.

Gdy Niemcy wpadli do naszego domu, były w nim tylko mama i babcia. Od razu zaczęło się potworne bicie. Niemcy chcieli, aby babcia przyznała się, że to oni dali Żydówkom chleb. Potem akcja przeniosła się do piekarni, gdzie przebywali dziadek Leon i brat mojej mamy, Stefan. Przesłuchanie, z nieustannym biciem, trwało przez cztery godziny. Niemcy bili dziadka szczapami drewna, którymi zwykle palił w piekarnianym piecu. Dziadkowie jednak nie chcieli się przyznać do pomagania Żydom; wiedzieli, że grozi za to kara śmierci.

Ok. godz. 22:00 dziadków i brata mojej mamy wyprowadzono na plac przy ulicy, na podwórku ich syna, Stanisława Lubkiewicza. Tam Niemcy rozstrzelali dziadka i babcię. Jeden z Niemców krzyknął do brata mojej mamy, aby ten uciekał, ale gdy Stefan zaczął biec, i jego dosięgły kule z automatu. Ciała zabitych jeszcze przez cały następny dzień leżały ułożone przy ulicy. Niemcy chcieli w ten sposób zastraszyć miejscową ludność i to im się udało, gdyż nie doszło w Sadownem wcześniej do podobnego mordu.

Sadowieńska społeczność była zastraszona do tego stopnia, że pogrzeb zamordowanych odbył się dopiero po dwóch tygodniach. Miejscowy proboszcz bał się odprawić normalne nabożeństwo, zgodził się jedynie, aby trumny z ciałami moich dziadków i wujka stanęły przed wejściem do kościoła, podczas gdy wewnątrz odbywała się msza.

Oszczędzona przez Niemców z uwagi na swą niepełnoletność mama mojej rozmówczyni, naoczny świadek opisanych wyżej tragicznych wydarzeń, Irena Lubkiewicz (później Kamińska) zmarła w roku 1979. Nie doczekała wręczenia rodzinie medalu „Sprawiedliwych wśród narodów świata”, które miało miejsce 16 lat później. W styczniu br., w 75. rocznicę zbrodni, Grażyna Olton wystąpiła do Wójta Gminy Sadowne o nadanie jednej z sadowieńskich ulic imienia zamordowanych za pomoc Żydom krewnych – Marii, Leona i Stefana Lubkiewiczów.

Pytana o motywy, którymi kierowali się jej dziadkowie, moja rozmówczyni odpowiada krótko: Piekarz i katolik nie mogą odmówić drugiemu człowiekowi chleba.

Tu można obejrzeć fragment reportażu o tej historii, który ukazał się w programie „Warto Rozmawiać”. ⬇

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail