Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Mężczyzna w buszu – opcja tylko dla prawdziwych twardzieli!

MISJONARZ W BUSZU
Archiwum prywatne
Udostępnij

Siedzimy w dolnej izbie naszej skrzypiącej chaty przypatrując się tańczącemu coraz intensywniej płomykowi świecy. Bez prądu, bez bieżącej wody, bez niczego. Ale razem z odważnymi kapłanami. Mi to wystarczy.

Misja „zmiana”

Praca na misjach jest dobra. To wyświechtany slogan. Truizm. Oczywistość. Warto pamiętać, że „jest dobra” nie tylko i wyłącznie dla lokalnych społeczności, którym misjonarze pomagają. Może być również przyczynkiem do zmiany dla tych, którzy na taką misję trafią. Wcale nie będąc misjonarzami. Będąc tylko świadkami. Wyjeżdżając z takiej misji już jako inni ludzie. Tak było ze mną. I dwójką pewnych misjonarzy z Papui Nowej Gwinei.

Sceneria? Bardzo prosta. Leśna chatka na uboczu niewielkiej papuaskiej wioski. Osady ulokowanej w buszu. Dotarliśmy tutaj po całodziennej jeździe po górskim interiorze. Wąska asfaltowa nitka wbijała się klinem pomiędzy bujne lasy, zielone pagóry i wyrastające nie wiadomo skąd słomiano-gliniaste chatki.

W papuaskim buszu powoli dogasa kolejny słoneczny dzień. Świadczą o tym chociażby świdrujące powietrze dziwne odgłosy lasu. Nie ma tu tak swojsko brzmiących dźwięków cykad i świerszczy. Są za to jakieś inne. Mniej znane. Mniej oswojone. Teraz wszystko to w zestawieniu z miarowym, systematycznie słyszalnym skrzypem z dołu naszej chatki przybiera nowy wymiar. Dopełnienie egzotyki. Tej papuaskiej. Najbardziej rdzennej. Można się przestraszyć.

 

Papuaski busz tylko dla prawdziwych facetów

– Bogdan, ty musisz jeszcze mocniej zasuwać tą pompą! Bo tym tempem to my dziś prysznica nie weźmiem! – ze strychu naszej zrujnowanej leśnej chaty słychać polski język. Po chwili słychać odgłosy mocowania się z oknem. Jak mniemam, nieotwieranym już od miesięcy. Skrzyp, trzask, nieco szarpaniny, wreszcie jest. Z okna wygląda niezwykle sympatyczna twarz. Delikatna broda, pogodne drobne oczka. Jakby młodocianego urwisa, który tylko myśli nad kolejnym dowcipem. To ojciec Józef, michalita. – Mówię Ci, Boguś. Wytęż no mięśnie jeszcze, bo my ze Stefkiem to jeszcze dziś byśmy się wykąpać chcieli.

– Już, już… Jeszcze chwilka i woda powinna polecieć – pokorny i spokojny głos ojca Bogdana, również michality, ma już zupełnie inny charakter. Owszem, również i w nim wiele zabawnego uśmiechu, ale jakby w miejsce zaczepnego dowcipu pojawia się wszechogarniający spokój. Tych dwóch ludzi wspaniale się uzupełnia. Lepszych przewodników na tę wizytę na papuaskiej misji nie mogłem sobie wymarzyć.

Tak wygląda pierwsza parafia obu księży. Najpierw przywędrował tu ojciec Bogdan. Potem jego młodszy kolega.

– Żebyś ty widział, co tu zastałem – opowiada Bogdan przy ledwo tlącym się knotku świecy naszej leśnej chaty papuaskiego buszu, gdy wreszcie udało się uruchomić pompę i umyć. – Nic! Zupełnie nic. Kilka chat, dziwne ludzie. Te ich zwyczaje. Wszystko trzeba było robić jako pierwszemu. Pierwsze wizytacje, pierwsze wycieczki do osad w górach z Komunią Świętą, pierwsze przyjaźnie…

– I jak cię przyjęli? – dopytuję ciekawski.

– Nie zawsze było prosto…

– Ja to miałem taki zwyczaj – wtrąca się milczący do tej pory Józek. – Jak mi przychodziły łobuzy na parafię i grozili czymś tam…

– A to grozili ci? – przerywam.

– A bo to raz. To i Bogusiowi, i mnie grozili. Wiadomo. Przychodzi biały obcy i ma im tu kościół zakładać. Musiały być konflikty. Ale czekaj, dokończę… – przez chwilę w delikatnym ogniu świecy widzę jego zabawne małe oczka. – Jak mi łobuzowali, to ja mówiłem jasno: „To wy mnie macie utrzymać, a nie ja mam się przed wami bronić! Nie chcecie księdza, nie ma sprawy! Ale jeśli mam wam służyć, to i wy macie mnie bronić. A nie jeszcze terroryzować”.

– I co? Poskutkowało?

– I to jeszcze jak! Zrozumieli, że gramy w jednej drużynie. Słuchaj… Jak mi nie zaczęły kobity przynosić do domu świń, kur, warzyw. Od tej pory nie musiałem się już martwić o to, co będzie na obiad. Ani o kościół. Sami pomagali mi w jego sprzątaniu. Ustalaliśmy dyżury.

– Bo to dobrzy ludzie są – tym razem do głosu dochodzi Bogdan. – Trzeba tylko przestawić się na te ich zwyczaje, sposób patrzenia na świat. Potem pozostaje już tylko kochać to miejsce. A złych ludzi i tak spotkasz. Niezależnie od kontynentu.

MISJONARZ W BUSZU
Archiwum prywatne

 

Bez niczego, a jednak ze wszystkim

Naszą rozmowę powolutku zaczyna zagłuszać narastający szmer rosnącego dookoła buszu. Nadeszła noc. Z jednej strony głośna od owadów i pohukiwania zwierząt. A z drugiej dziwnie milcząca. W chatce, gdzie siedzimy zapada cisza. Mam wrażenie, że to milczenie między nami zupełnie nikomu nie przeszkadza. Po kilku chwilach słychać pierwsze krople. Przyszła ulewa. Siedzimy dalej w dolnej izbie naszej skrzypiącej chaty, przypatrując się tańczącemu coraz intensywniej płomykowi świecy. Bez prądu, bez bieżącej wody, bez niczego. Ale razem z odważnymi kapłanami. Mi to wystarczy.

To zabawne. Często silimy się, by opisać męstwo. Pięknymi, wzniosłymi słowami. Chcemy je możliwie w sposób pełny pochwycić. Ubrać w opis. Tych dwóch takiego opisu nie potrzebuje. Są na miejscu. Szczęśliwi. I potrzebni. Tak tutejszej społeczności górskich Papuasów – zwłaszcza teraz, gdy kilka tygodni temu ich ziemie nawiedziło bardzo silne trzęsienie ziemi – jak i takim ludziom ja jak. Nie-misjonarzom. Przybyszom na chwilę. Ludziom, którzy widząc ich bezpośredniość, życzliwość i oddanie swego życia, sami się zmieniają. Bo widzą, że to naprawdę możliwe.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail