Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Każda z nas ma własną Pietę

MATKA Z DZIECKIEM
Derek Thomson/Unsplash | CC0
Udostępnij

Pieta to historia niemal każdej z nas. Zesztywniałe karki. Napięte mięśnie. Dla niektórych poza ta przedłużająca się nieznośnie kolejnymi latami choroby dziecka, stała się codzienną rutyną. Umyć. Poćwiczyć. Poklepać. Namaścić. Nakarmić. Podać leki. Asystować przy gniewie i torsjach. Dać ciepło. Ukochać. Uśpić.

Widziałam ich w swoim życiu bardzo wiele. Pieta Michała Anioła, nieprawdopodobna w swym ideale. To monumentalne dzieło sztuki ukazuje cierpienie tak zachwycająco, że aż „przeżywanie jej” może wydać się czymś niestosownym. Obserwujemy grę świateł we wgłębieniach fałd maryjnej sukni i zastanawiamy się, czy naprawdę tak królewsko wyglądała, gdy tuliła do siebie swojego umęczonego Syna. Jezus śpi. Jest spokojny. Jak gdyby znów był noworodkiem, maleńkim chłopcem w objęciach swojej przepięknej mamy.

Co innego piety gotyckie, Maryje z nieobecnym wzrokiem, ledwo unoszące na rękach skatowane ciało Chrystusa. Czasem trącą absurdem. Czasem kiczem. Pieta z kaplicy sióstr klarysek w Kościerzynie – na ten przykład – przedstawia Jezusa i Maryję w koronach ze złota. Oboje dość zdystansowani i powściągliwi, nieudolnie opowiadają o chwili niewysłowionego cierpienia.

Pamiętam też własną Pietę. Jestem z synem na oddziale patologii noworodka w Centrum Zdrowia Dziecka i przytulam go do piersi. Mój mały chłopiec przechodzi szereg badań diagnostycznych. Ma 3 tygodnie, ale zamiast odpoczywać po trudach porodu, jesteśmy tu, w nieprzyjaznym miejscu, gdzie macierzyństwo jest bezpłatną usługą, a dziecko pacjentem.

 

Moja Pieta w Centrum Zdrowia Dziecka

Obok mnie inne matki, próbujące utulić swoje doświadczane cierpieniem dzieci. Wchodzi kilka pielęgniarek. Rozkazują nam odłożyć nasze maleństwa i wyjść na korytarz, gdyż nikt nie może być przy wykonywanych przez nie zabiegach. Zamrożona zbiorowym milczeniem, stoję na korytarzu. Zaraz jednak spostrzegam szparę w źle zwiniętej rolecie, a przez nią mojego synka, wokół którego kręcą się obce „one”. Coś mu szczebiocą, niby na uspokojenie, a ja wyczuwając jego niepokój, pragnę skrócić dzielący nas dystans rozbijając szybę siłą mojej wściekłości. Wbijają mu igłę w małą główkę, muszą pobrać krew. Burzę się w środku, zasysam złość i podchodzące do gardła łzy. Przeżywam małą drogę krzyżową mojego dziecka i jedyne, co mogę zrobić, to z nim być i szukać przebłysków własnej czwartej stacji.

Pielęgniarki otwierają drzwi, biegnę więc do metalowego łóżeczka, na którym spoczywa moje dziecko. I już jestem. I spokojnie, mój synku. Mama Cię kocha. Mama cały czas tu była. Płacz skarbie. Jestem tu. Mój syn wylewa na mnie swoją bezradność i gniew, opiera się, a po kilku chwilach uspokaja. Bicie serca matki. Objęcie jej ramionami. Wytchnienie.

 

Jaka jest Twoja Pieta?

Pieta to historia niemal każdej z nas. Zesztywniałe karki. Napięte mięśnie. Dla niektórych poza ta przedłużająca się nieznośnie kolejnymi latami choroby dziecka, stała się codzienną rutyną. Umyć. Poćwiczyć. Poklepać. Namaścić. Nakarmić. Podać leki. Asystować przy gniewie i torsjach. Dać ciepło. Ukochać. Uspać.

Towarzyszyć dziecku w szpitalu. W domu. W grypie. Przewlekłej. W zapaleniu płuc. W innych dziadostwach. Słuchać tego wszystkiego, co inni mają do powiedzenia – mądrzy i głupcy. Matka, ciotka, siostra, teściowa, pielęgniarka, lekarz. Gromadzić te wydarzenia w swoim sercu i nie zwariować. Być przy dziecku bardziej niż przy sobie.

Nie dalej jak wczoraj, bliska mi kobieta, młoda mama, przypomniała mi na swoim Instagramie słowa Rachel Cusk, autorki książki „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa”:

Zdaję też sobie sprawę z tego, że ustał płacz, że moja córka przetrwała pierwszy ból istnienia i wyszła z tej próby zwycięsko. Ja również, bo choć ani jej nie pomogłam, ani nie rozumiałam, cały czas byłam przy niej, i na tym właśnie, co nagle wiem z całą pewnością, polega macierzyństwo: na tym, żeby po prostu z dzieckiem być. 

Obecność nasza. Codzienna. Czujna. Bezgraniczna. Bardzo różna. Tak wierna, że aż oczywista. Pełna wyrzeczeń. Na każdym etapie inna. Dostosowująca się do potrzeb naszych córek i synów. Mieszcząca w sobie całą amplitudę człowieczeństwa.

 

Jesteśmy zawsze tam, gdzie dzieci nas znajdą

Macierzyństwo ma w sobie – bardziej lub mniej – tę tajemnicę Maryjnego uścisku. Bez pytania o sens, jesteśmy dla naszych dzieci punktem podparcia i miękkim łożem ciała. Jesteśmy z nimi w tych wszystkich miejscach, w których inni je opuszczają. Jesteśmy z nimi do końca, odprowadzamy je do grobów i czekamy, aż zmartwychwstaną.

Czekamy, aż w ciszy ich serc dokonają się rzeczy, do których nie jesteśmy już im potrzebne. My, matki, nie czekamy przy grobach naszych dzieci. Nie zaryzykujemy rozminięcia. Jesteśmy zawsze tam, gdzie wiedzą, że nas znajdą. Znają drogę do domu. Zapasowy klucz jest pod doniczką.

Niektórzy zastanawiają się, gdzie był Jezus po Zmartwychwstaniu, zanim pokazał się swoim uczniom. Znam takich, którzy mówią, że jadł śniadanie ze swoją mamą. Że wcale ich to spotkanie nie zdziwiło. Dwa placki jęczmienne z miodem i mleko do popicia.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail