Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy związek z więźniem i alkoholikiem ma sens? Marina Hulia o „Recydywiście”

MARINA HULIA
EAST NEWS
Udostępnij

Marina Hulia opiekuje się czeczeńskimi uchodźcami. „Dzieci z dworca Brześć” to jej dzieci. Aletei opowiada o innych swoich „dzieciakach” – więźniach z Rakowieckiej, z którymi pracowała. I o nietypowej miłości.

Z Mariną Hulia spotykamy się w Nowym Teatrze dzień przed pokazem mody „Jestem. Nowy”, w którym wezmą udział czeczeńskie Dzieci i Mamy z Dworca Brześć oraz ich polscy przyjaciele. Marina przyjeżdża spóźniona 1,5 godziny (nie gniewam się, bo mam ze sobą książkę), z nową fryzurą. Wraca właśnie z dzieciakami z pracowni Jagi Hupało, która obiecała im wszystkim piękne fryzury na pokaz. Kobieta-orkiestra. Kiedy odpowiada na moje pytania, żywo gestykuluje, śpiewa fragmenty piosenek, a nawet tańczy. Co chwila podbiegają do niej czeczeńskie dzieciaki – zagadują albo chcą się po prostu przytulić. Jest dla nich jak mama, pochyla się i z troską wiąże buty. Ale ze mną rozmawia o innych swoich „dzieciakach” – z więzienia na Rakowieckiej i innych aresztów. Poznajcie Marinę.

 

Marta Brzezińska-Waleszczyk: Jak trafiła Pani do więzienia?

Marina Hulia: Byłam nauczycielką w liceum społecznym. Uczyłam 12 lat i miałam poczucie, że wszystko, co miałam zrobić, już zrobiłam. Spotkałam prof. Monikę Płatek, która kierowała Polskim Stowarzyszeniem Edukacji Prawnej. Trafiła na wieczór czeczeński (już wtedy opiekowałam się dziećmi z Czeczenii) i powiedziała: to, co Pani zrobiła w jeden wieczór, niektórym zajmuje rok. Chcę Panią zatrudnić. Potraktowałam to jako znak.

Czym się Pani zajmowała?

Trafiłam do projektu „Koalicja – powrót do wolności”, który tworzył m.in. Wydział Prawa UW, Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej. Miałam kierować więziennym wolontariatem. Zobaczyłam pierwszych w moim życiu więźniów.

 

Marina Hulia: Moje pierwsze spotkanie z więźniami

I jak wrażenia?

Na początku poprosiłam fundację współpracującą z więźniami o pomoc w odmalowaniu Galerii Dziecięcych Marzeń. Planowaliśmy tam wernisaż, ale jak urządzić święto dzieci w odrapanym miejscu? Przysłano mi Bogdana, który miał liczne braki w uzębieniu i nie bardzo rozumiałam, co mówi oraz Zbyszka. On nie wyglądał jak więzień, ale raczej typowy Janusz z kawałów – brązowe sandały i białe skarpetki frotté. Nie powiem, nieco się bałam.

Było czego?

Gdzie tam! Nie tylko odmalowali galerię, ale zrobili coś cudownego. Pracowali do 2 w nocy. Wcześniej pojechałam sama (!) z bezzębnym Bogdanem po materiały, folie. Wieczór, zmrok, nikogo na stacji, a ja uprzytomniłam sobie, że nawet nie wiem, za co on siedzi.

Może to lepiej!

Śpiewałam sobie w duszy: Co ze mną będzie… (śmiech). Jak już wróciliśmy, a oni po pracy jedli chińszczyznę, ja składałam Bogu dziękczynne modlitwy. Pierwsze spotkanie było emocjonujące, ale potem… gdyby zliczyć wszystkie godziny, dni, tygodnie, które spędziłam w więzieniu, uzbierałyby się ze trzy lata.

 

Po pierwsze – nie stygmatyzować więźniów

Całkiem niezły wyrok. Co robiliście w tym czasie?

Założyliśmy kilka zespołów więziennych. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, próby występów zajmowały sporo czasu. Tańczyłam razem z moimi więźniami, nie chciałam, żeby byli naznaczeni. Kiedyś występowaliśmy dla ministrów sprawiedliwości Europy Zachodniej i Rosji w warszawskim Novotelu, wśród gości była Beata Kempa – wtedy sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Podając rękę wszystkim więźniarkom, podeszła też i do mnie, gratulując udanego występu i życząc szybkiego powrotu na wolność (śmiech). Czyli udało mi się uniknąć stygmatyzacji moich więźniów.

Miała Pani niesztampową wizję wolontariatu.

Dla mnie to nie było zamiatanie ulic. Chciałam, żeby więźniowie pomagali pokrzywdzonym, pracowaliśmy więc np. w Polskim Związku Niewidomych. Szyliśmy woreczki na buty, poduszki, zakładki do książek, piórniki dla dzieci z ośrodków dla uchodźców. Więźniowie potrafili odłożyć kasę, nie kupić papierosów w kantynie i uzbierać na kredki dla dzieciaków. Pisali dla nich kartki, produkowali kolorowanki i zeszyty do kaligrafii. Jeździliśmy po całej Polsce – po domach starców, ośrodkach dla uchodźców, robiliśmy dla nich przedstawienia. Opowiadaliśmy o dzieciach, które nic nie zawiniły, a żyją w gorszych warunkach niż więźniowie. Wszyscy mówili, że to świetna idea – ci, którzy kogoś skrzywdzili, naklejają „opatrunki” na tych, którzy tego potrzebują. Jak jechaliśmy do domu starców więziennym autobusem, to babcie wołały z daleka: Nasi jadą!

Namiastka życia w więzieniu.

Więcej! My im dawaliśmy życie tu i teraz. Za kratkami, ale mieli wolność. Wychodzili  z więzienia ze zniewolonymi umysłami, dlatego wracali na meliny, zalewali się w trupa. A kiedy pracowaliśmy razem, robili to, co kochali – grali, śpiewali, pomagali innym. Wielu mówiło mi, że to był najlepszy czas w ich życiu. Paradoksalnie – w więzieniu.

 

Więzienne mury to nie miejsce na miłość

Wracając do Zbyszka – miłość od pierwszego wejrzenia?

Z mojej strony zdecydowanie tak. Zbyszek długo myślał: „za wysokie progi na moje nogi”. Dla mnie, z tymi swoimi białymi skarpetkami frotté, zapałem do pracy i niebieskimi oczami, był wzruszający. Ciepły i dobry. Cichutki – zupełne przeciwieństwo mnie. Wydawało mi się, że jest żonaty, więc nie rozwijałam uczucia.

A potem się okazało…

…że Zbyszek jest w trakcie rozwodu. Mówił mi to od początku, ale gdzieś mi umknęło. W ramach podziękowania za pomoc podarowałam mu bilety do teatru, żeby poszedł z żoną. Powiedział, że się rozwodzi, więc zaproponowałam, że pójdziemy razem. Na „Operę za trzy grosze” Brechta.

I jak było?

Cudnie. Urzekło mnie, że Zbyszek był pierwszy raz w teatrze. O zgrozo, przyszedł w tych swoich białych skarpetkach i spodniach „piramidach”. Wiedziałam już, że jestem bardzo zakochana. Z czasem staliśmy się nierozłączni.

Nie bała się Pani? Nie kalkulowała, że związek z recydywistą nie ma szans?

Wtedy nie wiedziałam, że jest recydywistą. Był byłym więźniem, zatrudnił się w fundacji. Zakochałam się w wolnym człowieku, który kiedyś siedział. Nie stygmatyzuję ludzi. W więźniu nie zakochałabym się, bo więzienne mury nie sprzyjają narodzinom uczuć. Ale przecież my się poznaliśmy w galerii dziecięcych marzeń! Dopiero potem spłynął kolejny wyrok i Zbyszek wrócił do więzienia. A potem do niego wracał, recydywista z powołania.

 

Marina Hulia: Myślałam, że miłością można wyleczyć

Okazało się też, że ma problem alkoholowy.

Ale kochałam go bardzo i wydawało mi się, że miłością można wyleczyć. Tak się jednak nie da. Rozstaliśmy się, kiedy zrozumiałam, że nic już nie zrobimy. Skończyły się wszystkie moje pomysły, by Zbyszek zaczął normalnie żyć. Jeśli człowiek nie ma pasji, będzie pił. Wydaje mi się, że Zbyszek takiej prawdziwej pasji nie ma. Jest wszechstronny, niesamowicie utalentowany (malował obrazy, udźwiękawiał filmy, oświetlał koncerty, napisaliśmy książkę), ale… ale po prostu lubi być alkoholikiem. Oswoił nałóg, powroty do więzienia, bezdomność…

Dawała mu Pani szansę, jedną, drugą, trzecią…

Ale już nie czekam na swojego Godota. Ze Zbyszkiem jest tak: bardzo chce się spotkać. W poniedziałek, wtorek, środę, czwartek. Ale potem przychodzi piątek, dzień wypłaty i Zbyszka nie ma. Pije przez weekend. Czasem dzwoni i przeprasza. Potem znowu chce się spotkać, cały tydzień, aż przychodzi kolejny piątek. Przestałam czekać.

Kiedy uświadomiła sobie Pani, że to nie ma sensu?

Kiedy Zbyszkowi przestało się chcieć. Kiedy na sztaludze przez dwa miesiące stał niedokończony obraz. Zrozumiałam, że nic już razem nie zrobimy. Dla mnie związek to nie tylko pocałunki, ale stan powodujący działanie. Dla Zbyszka miłość pozostała stanem.

Skąd pomysł na książkę?

Zbyszek siedział po raz drugi. Nie chciałam go odwiedzać w więzieniu, bo robiłam to przy pierwszej odsiadce. Kupowałam słodycze, współczułam. Przy drugiej powiedziałam: jesteś recydywistą, ale dla mnie wchodzić w to po raz drugi to też recydywa. Albo robimy coś razem, albo koniec. Zaczęło się malowanie obrazów. Kiedy poszedł siedzieć po raz trzeci, powiedziałam: byłeś malarzem, teraz będziesz pisarzem. Zaczęliśmy pisać książkę „Recydywista”.

 

„Recydywista” – książka o tym, jak z więźniów robi się życiowych impotentów

Książka to kawałek Waszej intymności. Nie bała się Pani uchylania tego rąbka?

Nie, dlaczego?

Oceniania, że weszła Pani w związek bez przyszłości?

Nie mam internetu, jestem poza komentarzami, hejtem. W życiu nie napisałam żadnego maila. Jestem wykluczona cyfrowo na własne życzenie (śmiech).

Związek się skończył, ale nadal macie kontakt.

Nadal się lubimy. Był moim najlepszym przyjacielem. Miał do mnie wielką cierpliwość, zawsze słuchał, choć rzadko odpowiadał, co mnie na początku irytowało. Przyjaźń szła w parze z miłością, a teraz tylko ta pierwsza została. Jasne, doznałam od niego wielu krzywd, zwykle nawalał przez wódkę. Wybaczyłam mu, bo zwyczajnie nie pamiętam już tych przykrości. Tak się łatwiej żyje. Pamiętam za to jego bukiety z polnych kwiatków, pieska za 5 zł. Łączą nas wspomnienia o tylu pięknych rzeczach, które zrobiliśmy, ilu ludziom pomogliśmy.

„Recydywista” to nie tylko historia o miłości, ale opowieść o poważnym problemie, czyli o systemie więziennictwa w Polsce, który uczy więźniów bezradności. Oni wracają, bo tam im dobrze. 

Więzienie przypomina przedszkole. Gablotki z pracami więźniów, wychowawcy, których o wszystko prosisz, nawet o majtki. Więźniowe są jak dzieciaczki, które pytają wychowawczynie o wszystko. Ubezwłasnowolnienie, zamknięcie w gablotce, robi z nich życiowych impotentów. Ale są więzienia i więzienia. Ja uczyłam osadzonych życia tu i teraz. Tego, że mogą być ojcami dla swoich dzieci także w więzieniu (rozbawić je, opowiedzieć bajkę), a nie przedszkolakami, którzy wiecznie czegoś chcą. Oni to uwielbiali.

 

Hulia: Być wśród tych, których kochasz – to najważniejsze

Rozmawiamy w przeddzień pokazu mody „Dzieci z Dworca Brześć”. Kiedy Pani jeździła na dworzec w Brześciu, wyobrażała sobie w ogóle, że za ileś lat będzie w takim punkcie, jak dziś?

Nigdy! Przyjechałam i powiedziałam po czeczeńsku: Witajcie, zakładamy szkołę. Zapytali, czy jestem Czeczenką. Odpowiedziałam: Nie. Jestem Marina. Pytali jak to, przecież szkoła to ławki, tablica, kreda. Odpowiedziałam: Szkoła to uczniowie i nauczyciel. Wszystko mamy. Wysunęłam kandydaturę na dyrektorkę, z braku innych zostałam wybrana jednogłośnie (śmiech). Zaczęły się walki o kredki, zeszyty, mandarynki, drobiazgi. Potem zaczęłam jeździć po Polsce, opowiadać o Dzieciach z Dworca Brześć. A wkrótce zaczęliśmy jeździć z tymi, którzy po wielokrotnych próbach przekroczenia granicy dostali się do Polski, po całym kraju: Lublin, Wrocław, Katowice, Kraków, Poznań. Jutro mamy pokaz mody w Nowym Teatrze „Jestem. Nowy” – dzieci w nowych ubrankach od Doroty i Czesława Mozilów, uczesani przez Jagę Hupało. Nowi, choć ci sami, bo czeczeński ogień nadal w nich jest. Jutro ich wielki dzień!

Po co Pani to wszystko?

Oni mnie uwielbiają i ja ich uwielbiam. Nie mam szefa, który mnie gnębi, nie spędzam dni za biurkiem. Dzięki temu zawsze mamy czas i robimy mnóstwo wspaniałych rzeczy. To najpiękniejsze, co może być. Być wśród tych, których kochasz i którzy cię kochają.

*M. Hulia, Z. Wojnarowski, Recydywista, Centrum Arrupe 2018. Więcej o „Dzieciach z dworca Brześć” przeczytaj TUTAJ.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail