Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kiedy wszyscy ją opuścili, chciała umrzeć. Potem pomogła 1400 dzieciom

SINDHUTAI SAPKAL
TOI Photographer / The Times of India
Udostępnij

Sindhutai Sapkal zapisała się w historii jako „matka sierot”. Dziś 70-letnia, na co dzień mieszka w mieście Puene w stanie Maharashtra (Indie) i jest mamą wielkiej rodziny. Zmieniła życie ponad 1400 sierot, dając im miłość, dom i wsparcie, na które zasługują.

Kobieta wielokrotnie powtarza, że jest matką dla tych, którzy nie mają nikogo. „Biorę dzieci pod moją opiekę, dbam o nich, wychowuję je – tam jest moje szczęście” – mówi Sindhutai.

Dzieci, które adoptowała, kończą studia prawnicze, medyczne. Pieszczotliwie zwracają się do niej „Mai”, co oznacza „matkę”. Kobieta jest w stałym kontakcie z każdym ze swoich dzieci, mimo iż założyły już dawno swoje rodziny i mają własne dzieci.

Sindhutai sama miała trudne życie. Została zmuszona przez ojca do zakończenia szkoły w wieku 9 lat i wydana za mąż w wieku lat 10. Jej mąż miał wówczas 20 lat. Kiedy sama miała 20 lat i była w 9 miesiącu ciąży, została wyrzucona z domu. Nikt jej nie pomógł. Córkę urodziła w oborze, pępowinę zaś przecięła ostrym kamieniem. Ani krewni, ani matka nie chcieli dać jej schronienia.

By utrzymać siebie i swoje dziecko, błagała o jedzenie. Śpiewała pieśni religijne w pociągach i na stacji kolejowej, by tylko zdobyć pieniądze na jedzenie i utrzymanie. Czuła się samotna i zraniona. Każdy dzień dla niej to było zmaganie się z przeciwnościami. Jej sytuacją zainteresowali się jednak inni ludzie. Ona sama dzieliła się z jeszcze bardziej potrzebującymi jedzeniem. Ludzie zaczęli do niej przychodzić i tak zaczęła rozwijać się „jej rodzina”. Wszystko zadziało się spontanicznie.

 

Sindhutai Sapkal: Odebrać sobie życie?

W sytuacji najbardziej kryzysowej Sindhutai chciała nawet odebrać sobie życie. „Pewnego dnia siedziałam na dworcu kolejowym i postanowiłam umrzeć. Jadłam, dopóki mój żołądek nie był pełny, bo nie chciałam umrzeć głodna. Miałam ze sobą trochę jedzenia, które przywiązałam do swojego sari, do swojego ciała przywiązałam dziecko i byłam przygotowana na śmierć” – wspomina kobieta.

Ale kiedy zrobiła parę kroków do przodu, usłyszała czyjeś błaganie i płacz. To był żebrak – w wielkim bólu, spragniony i chory. Pragnął się napić, zanim umrze. Sindhutai pomyślała wówczas, że powinna mu pomóc i dać mężczyźnie wody. Żebrak płonął gorączką. Kobieta nakarmiła go i dała mu się napić. Mężczyzna spojrzał na nią z wdzięcznością i objął jej dłonie. Wtedy też zrozumiała, że powinna się nauczyć żyć dla innych. Zaczęła wspierać potrzebujących i niechciane dzieci. Śpiewała, prosiła innych o wsparcie. Z czasem też zaczęła wygłaszać przemówienia, by otrzymać darowizny.

 

Praca na rzecz niechcianych dzieci

Przy pomocy swojej córki, Mamaty oraz pierwszego dziecka, które adoptowała, Deepaka, Sindhutai prowadziła cztery sierocińce: dwa dla chłopców i dwa dla dziewcząt. Jej córka przyznaje: „Zostałam wychowana w przekonaniu, że stosunki krwi nie mają większego znaczenia. Dla mnie rozumienie domu opiera się na tym, co widziałam, na mojej mamie i jej dużej rodzinie”.

Mamata ukończyła studia psychologiczne, a następnie kontynuowała naukę z zakresu pracy socjalnej. 26-letni obecnie Vinay został adoptowany przez Sindhutai ze stacji kolejowej. Był wówczas małym chłopcem. Gdyby nie ona, mieszkałby dalej na dworcu albo i by nie żył. Skończył studia prawnicze, ma własną rodzinę. Vinay przyznaje, że „Mai” kocha każde ze swoich dzieci i każde obdarza troską i miłością.

Jej dziećmi są i te, których nikt nie chciał, i te znalezione na dworcu czy też w koszach na śmieci. Niektóre z nich były ciągnięte przez bezpańskie psy.

Dzieci, którymi się opiekuje, nie są oddawane do adopcji, kobieta nie opuszcza ich do ukończenia 18. roku życia. Nawet i po osiągnięciu pełnoletności niektóre z nią pozostają. Kobieta pomaga im założyć rodzinę. Sindhutai uważa, że ukończenie 18 lat wcale nie świadczy o mądrości i odpowiedzialności. Według niej to właśnie ten szczególny czas, gdy najbardziej potrzebują miłości i wsparcia, aby im powiedzieć o niebezpieczeństwach życia. Ona ich doznała.

 

Jej miłość i praca są doceniane

Kobieta otrzymała wiele nagród, w tym nagrody pokoju i nagrody za pracę na rzecz społeczeństwa. Wciąż intensywnie podróżuje, wygłasza przemówienia, by w ten sposób otrzymywać dotacje na prowadzoną przez siebie pomoc. Czasem idzie do odległych wiosek i wraca z 2 czy 3 osieroconych dzieci. „Mai” prowadzi także schronisko dla krów. Obecnie pod jej opieką jest ich 175. Zwierzęta uważa za część swojej rodziny.

Sindhutai stale powtarza pewien fragment wiersza: „Kiedy rzeka przelewa się i zderza ze skałą, nie uderza się o nią. Powoli znajduje sposób obejścia i nadal płynie”.

Źródła: barcroft.tv, thebetterindia.com

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail