Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

W ludobójstwie stracił całą rodzinę. Ma Bogu coś do powiedzenia

Révérien Rurangwa-Muzigura
Udostępnij

W trakcie rzezi w Rwandzie na jego oczach zamordowano całą jego rodzinę, a jemu samemu oprawcy odcięli ramię i pozbawili go oka. Po latach zmagań z koszmarami przeszłości wpatrując się w krzyż, mówi: „Ten Chrystus – oszpecony, obrzmiały od ran, okaleczony i przebity – jest podobny do mnie”.

Révérien ma szesnaście lat, jest zwyczajnym nastolatkiem, chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółmi, nigdy nie angażował się politycznie. Dlaczego ktoś mógłby chcieć zamordować jego i całą jego rodzinę? Przecież nie zrobili nikomu nic złego.

 

Révérien Rurangwa: Zabili wszystkich

Jest 20 kwietnia 1994 r. Révérien wraz z rodziną i przyjaciółmi kryje się w szopie na wzgórzu. Wokół, od kilka dni, trwa rzeź. Wie, że śmierć ich wszystkich jest tylko kwestią czasu. Księża misjonarze uciekli za granicę i zostawili swoich wiernych samych, a więc Hutu mordują Tutsi także w kościołach, do których wcześniej chodzili razem na niedzielne msze św.

Do szopy wkracza Simon Sibomana, właściciel baru, do którego lubili przychodzić bliscy Révériena. Teraz tnie maczetą i morduje kolejne osoby – giną po kolei stryj, kuzyni, bracia i siostry, ojciec i babcia. Matka cały czas się modli, powtarza słowa „Ojcze nasz”. Zanim ją zabiją zedrą z niej jeszcze ubrania, tak, aby nic się nie zmarnowało. Zdąży jeszcze poprosić syna, aby oddał sąsiadowi z plemienia Hutu trzy franki. Nie chce mieć żadnych długów.

Révérienowi odcinają ramię i masakrują twarz. Najpierw myślą, że już nie żyje, a potem nie chcą go dobić tylko dlatego, że obstawiają zakłady, ile godzin potrwa jeszcze jego agonia. W końcu zauważają go ludzie z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i przewożą do szpitala. Służby medyczne starają się robić, co się da, ale na ich oczach Hutu dobijają rannych Tutsi.

Révérien cudem przeżywa, ale musi wyjechać na specjalistyczne leczenie. Pewna organizacja charytatywna ze Szwajcarii zgadza się go przyjąć. Tam przechodzi wiele operacji chirurgicznych, idzie do szkoły, próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wszyscy starają się mu pomóc, koledzy z klasy robią zbiórkę na protezę oka. Nic nie może jednak ukoić jego bólu, każdej nocy w snach na nowo przeżywa to, co się stało, każde spojrzenie w lustrze na swoją pokiereszowaną twarz przypomina mu tamten koszmar.

 

Révérien Rurangwa: powrót do Rwandy

Czuje, że musi wrócić do Rwandy. Chce spojrzeć w twarz zabójcy swojej rodziny. Szwajcarscy przyjaciele przyjmują to ze zrozumieniem, kupują bilet i zapewniają, że zawsze będą na niego czekać.

Kilka tygodni później jest już w ojczyźnie. Odnajduje Simona Sibomanę. Mężczyzna nadal prowadzi bar i właśnie obsługuje klientów, kiedy napotyka wzrok Révériena. Rozpoznaje go i przez chwilę widać w jego oczach błysk przerażenia, ale szybko się opanowuje i rozpoczyna swoją grę, mówiąc tonem pełnym współczucia:

– Dobry Boże! Co oni ci zrobili?
– Nie zapominaj, że to ty mi to zrobiłeś! – zszokowany Révérien przez chwilę nie może uwierzyć jego bezczelność.
– Po co się od razu denerwować… Chodź, napij się fanty – słyszy w odpowiedzi.

W Rwandzie obowiązuje polityka niepamięci. Nie ma chyba rodziny Hutu, w której przynajmniej kilku członków nie brałoby udziału w mordowaniu Tutsi. Władze nie są w stanie osądzić ich wszystkich i wymierzyć im sprawiedliwych kar, więc poprzestają na śmiesznie niskich wyrokach wymierzonych tylko części oprawców. Oficjalnie mówi się o tym, żeby zostawić przeszłość za sobą i próbować budować wspólny kraj na nowo. Tylko jak można nakazać coś takiego chłopakowi, któremu zamordowano całą rodzinę?

Révérien wraca do Szwajcarii, czuje, że nie ma już na świecie miejsca, które mógłby nazywać domem. Jego adopcyjnym ojcem zostaje Luca, starszy mężczyzna, pełny łagodności i dobroci, głęboko wierzący chrześcijanin. Rozumie przez co przeszedł jego podopieczny i nie chce mu niczego narzucać, ale kilkakrotnie zdarza mu się wspomnieć o pokoju, jaki przynosi przebaczenie. Révérien sam nie wie, czy nadal wierzy w dobrego Boga, o którym zawsze mówiła jego matka i nie chce słyszeć o przebaczeniu zabójcy swojej rodziny. Zresztą, zabójca nawet o to przebaczenie nie prosił.

 

Chrystus jest Tutsi

Révérien obserwuje, jak każdego ranka Luca udaje się do wybudowanej przez siebie w górach kaplicy. Wie, że mężczyzna nieustannie się za niego modli. Pewnej nocy chłopak idzie tam z myślą, że rozpali w piecu, aby jego przyjaciel ucieszył się wchodząc od razu do ogrzanego miejsca.

Mimochodem podchodzi do wiszącego tam krzyża. W tym momencie wypływają z niego wszystkie wyrzuty i zadaje to samo pytanie, co miliony ludzi przed nim i po nim: dlaczego cierpienie?

Przybity do tego krzyża, podobny jesteś do Tutsi. Podobieństwo jest wręcz uderzające, aż dziw, że nie dostrzegłem tego wcześniej. Masz skrócony nos, podobnie jak ja. I zapadnięte oczy. Niewykluczone, że nabitym gwoździami kijem wyrwano Ci jedno oko. Gruby gwóźdź, który przybił Twoje ramię do drzewa rozerwał Ci je, tak jak moje. Ramię, które wskazuje niebo, jest teraz obrzmiałe i mocno spękane. Twoje spierzchnięte usta rozwarły się, a wydłużone – podobnie jak moje – ciało w kilku miejscach przeszywają głębokie pęknięcia.

Ten Chrystus – oszpecony, obrzmiały od ran, okaleczony maczetą i przebity – jest podobny do mnie. Zupełnie, jakby był moim bratem. Jest podobny do wszystkich ofiar ludobójstwa Tutsi. Jest podobny do każdej ofiary każdego ludobójstwa, każdej masakry, każdej zbrodni i każdej niesprawiedliwości.

Może to tylko złudzenie, ale przez chwilę zdawało mi się że Chrystus się do mnie uśmiechnął. Zapewne to tylko omamy niewyspanego człowieka… Zanim osunę się na jednej z ławek, pokonany przez sen, w moim rozpalonym łbie zrodzi się pytanie, którego w pełni, do końca nie zrozumiem:

Skoro Bóg we mnie umarł, czemu ja sam nie miałbym pewnego dnia umrzeć właśnie w nim?

Te słowa, które tamtej nocy wylał u stóp krzyża, Révérien zapisuje później w ostatnim rozdziale swojej książki „Ocalony”, zadedykowanej czterdziestu trzem osobom z jego rodziny, które zginęły tylko dlatego, że były Tutsi.

*korzystałam z książki „Ocalony. Ludobójstwo w Rwandzie” aut. Révérien Rurangwa, wyd. Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2009

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail