Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Urlop: rozerwać się czy spróbować się poskładać?

KOBIETA NAD MORZEM
Artem Bali/Unsplash | CC0
Udostępnij

Perspektywa urlopu wyzwala w naszej rodzinie pragnienia, które widać najlepiej po stylu pakowania się na wyjazd. Ukulele, aparat, teleobiektyw i statyw, piłka do nogi córki, zeszyty krzyżówek i karty do gry syna, puzzle najmłodszego, moje sukienki. Jak na dłoni widać potrzeby i marzenia, by o siebie zadbać, zrobić coś, na co zawsze jest ochota, ale nie zawsze starcza czasu. Mistrzem jest mój mąż, który na trzydniowy wyjazd potrafi zabrać oddzielny plecak z samymi tylko książkami i to w różnych językach. Jeśli tylko da się to wszystko spakować do auta, tak robimy.

Na urlop zabieram minimalizm

Oczywiście, rzeczywistość weryfikuje założenia odnośnie ilości zajęć hobbystycznych w ciągu urlopu. Jesteśmy rodzicami – oprócz nastolatków – także trzylatka i nie ma co ukrywać, że czytanie godzinami na plaży póki co nie wchodzi w grę. Kocham jednak przypominać sobie swoje własne dzieciństwo i patrzeć na świat jego pełnymi zachwytu oczami.

Tak było w tym roku, gdy po raz pierwszy budowaliśmy razem zamek z piasku, uciekaliśmy przed falami albo gdy patrzyłam, jak wieczorem na plaży hasa po wodzie („tylko stópki” – „tak, tylko stópki”, taka była umowa, a w efekcie mokry był cały – ale przecież tak samo było ze mną, gdy byłam całkiem małą Gosią!).

Ratuje mnie znowu minimalizm. Owo odetchnięcie od maksymalistycznych założeń, jakie zamieniają nawet czas wolny w jakiś wyścig, w którym trzeba pokonać maksymalną liczbę kilometrów, zwiedzić największą liczbę nowych miejsc, zaliczyć niespotykaną dotąd liczbę atrakcji. Przy okazji wydając równowartość trzech miesięcznych pensji i zaciągając wewnętrzny dług, niespłacalny do najbliższego Bożego Narodzenia ani nawet Wielkanocy. Bliższa jest mi myśl, że można razem iść na spacer, zrobić wymarzone zdjęcie zachodu słońca (jak zaplanowała sobie nasza nastoletnia córka), porozmawiać, pobiegać po piasku, wyszaleć się w wodzie.

 

Na urlopie nie musisz „dawać rady”

Być może to tak jest, że im bardziej człowiek żyje w rytmie eksploatacji siebie na co dzień, tym bardziej urlop w wyobrażeniach urasta do roli rajskiej wyspy, na którą wyrzuci nas w końcu ocean przepracowania.

Jeśli jednak na co dzień padamy ofiarą własnego perfekcjonizmu i „dawania radę” za wszelką cenę, na urlopie problem pozostaje ten sam, tylko okoliczności są inne. Tak, jak pracowało się „na maksa”, podobnie teraz trzeba „na maksa” odpocząć. Albo wypełnimy grafik od świtu do nocy aktywnością, albo zapadniemy w letarg, by nie musieć ruszać ręką ani nogą. Wtedy niech on (ona) zajmie się dzieciakiem. Niech ktoś poda, niech przyniesie, niech mnie wachlują, niech nic ode mnie nie chcą. Bo całe życie haruję jak wół albo robię za służącą.

Jakoś to wszystko się łączy. Jeśli pracujesz ponad siły i nie masz ani minuty, urlop będzie nie tyle odpoczynkiem, co odreagowaniem. Jeśli obciążenia były przesadzone, to i impreza będzie do utraty przytomności. Czasem i jedno, i drugie, ma coś zastąpić, coś zagłuszyć, coś udowodnić. Odciąć skutecznie drogę do własnego serca, a w nim – lęku, osamotnienia, poczucia pustki albo przekonania, że nic samemu się nie znaczy.

 

Poskładać się na nowo

Usłyszałam w tym roku w Ustce ciekawe zdanie – że od urlopu nieraz oczekujemy, by się rozerwać, a czasami potrzeba czegoś odwrotnego: na nowo się poskładać*. Myślę, że tak bywa. Że od wyprawy na Kilimandżaro za wszelką cenę i wszelkim kosztem może się okazać ważniejsza wyprawa w głąb siebie. Taką możliwość dają bezcenne chwile spędzane z bliskimi i z samą sobą. Odsłaniają po kawałku to, co we mnie słabe, zranione i potrzebujące. Pokazują, ile już umiem, a ile jeszcze nie. Dają szansę powolnej nauki budowania dobrych, bliskich więzi. Pomaga, że fizycznie jesteśmy ze sobą blisko – na małym, prowizorycznym metrażu.

Pewnego deszczowego dnia nad morzem, gdy nawet plażowanie z wypożyczonymi z miejscowej biblioteki książkami stało się niemożliwe, dzieci powiedziały mi o najważniejszym dla nich aspekcie wakacji: nigdzie nie trzeba się spieszyć. Tak, zdecydowanie zwolnienie tempa pozwala właśnie na składanie siebie zamiast rozrywania na części przez wakacyjne przymusy.

A ja już się cieszę z nowych rzeczy, jakie wniesiemy do naszej codzienności w czas po wakacjach. By jakaś ich kropla znalazła się w każdym dniu.

*Myśl z kazania księdza Proboszcza parafii Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Morza w Ustce

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail