Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Cztery dni bez męża i dziecka – było warto!

KOBIETA
Jack Antal/Unsplash | CC0
Udostępnij

Będąc sama, mogłam stanąć przy własnym palenisku i zobaczyć, jak naprawdę z nim jest. Zająć się nim, podsycić, oparzyć się i nauczyć czegoś nowego o sobie.

Podarowałam jej cztery dni wolnego. Pojechałam tam gdzie chciałam i tak jak chciałam. Za plecami zostawiłam dom, zmartwienia, męża i ponad rocznego syna. W pierwotnym założeniu miał być to odpoczynek od najbardziej trywialnych życiowych wyzwań. Dopiero później dotarło do mnie, że tak naprawdę zrobiłam coś zupełnie innego – spędziłam kilka dni z kimś, dla kogo już bardzo dawno nie przeznaczyłam aż tyle czasu. Z samą sobą.

 

Podróż w głąb siebie

Żegnam się z nimi, wsiadam do samochodu, odjeżdżam. Robię zakupy w pobliskim sklepie i rozpoczynam podróż na jedną z warmińskich wsi. Jeszcze nie wiem, że jest to wędrówka w głąb siebie. I nie, nie piszę tego po to, aby odbębnić jedno rzewne zdanie w kolejnym felietonie. Gdy opuszczałam Warszawę, myślałam jedynie o perspektywie przespanej nocy. I dnia. I jeszcze jednej nocy. Ta możliwość zupełnie mnie odurzyła.

Dotarłam na miejsce późną nocą. Weszłam do stylowo urządzonego pokoju odnowionej stodoły. Usiadłam na łóżku i… Dopiero wtedy zrozumiałam, że to moja pierwsza samotna noc, od bardzo dawna.

Przypomniałam sobie, że kiedyś, od czasu do czasu, zdarzało mi się nie lubić takich samotnych wieczorów. Chciałam, aby znalazł się ktoś, kto zabierze tę całą złowrogą ciszę, rozpocznie rozmowę, puści film lub po prostu się przysiądzie. Jak gdyby dziewczyna i ciemne niebo miały w sobie zbyt wiele tajemnicy. Jak gdyby czasem było to zupełnie nie do udźwignięcia.

Zostawiam zapaloną lampkę i kładę się spać. Przesypiam noc według zegara naszego syna.

 

Trzeba mieć odwagę na samotny wyjazd…

Następnego dnia wychodzę z domu i już za progiem nie umiem nadziwić się dziewiczości piękna, które mnie otacza. Późne lato ma coś z prawdziwego spełnienia. Nie myślę o rodzinie, po prostu cieszę się tym, że mogę doświadczać osobistego cudu, tych kilkudziesięciu godzin spędzonych w atmosferze surrealistycznie innej niż moja codzienność. Zwalniam się z poczucia winy, obowiązku, odpowiedzialności. Przerzucam wszystkie receptory na siebie. Pytam się, co chciałabym dziś zjeść, zobaczyć, jak chciałabym odpoczywać. Zaskakuje mnie własna świadomość swoich potrzeb, kontakt z sobą. Zawsze tego szukałam i – co zabawne – odnalazłam je, nawet o tym nie wiedząc.

Po śniadaniu nagrywam kilka filmików na Instagrama For Her, opowiadam na gorąco o swoim doświadczeniu czasu tylko dla siebie. Parę dziewczyn pisze mi, że nie może pozwolić sobie na takie coś jak ja. I że mam cudownego męża.

Uśmiecham się do siebie, znam prawdę. Wiem, że musiałam się odważyć na ten wyjazd, że odwlekałam go i że gdyby ktoś mądry nie zadał mi kilku decydujących pytań, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Wiem, że musiałam zdjąć z siebie wiele warstw powinności i lęku. Chodziłam ubrana na cebulkę.

Potrzebę o samotnym wyjeździe zakomunikowałam w domu przyciszonym głosem. Szczerze wierzę w to, że moją wielką, nieodżałowaną nadzieją było to, abym nie została usłyszana. Wiecie dlaczego? Bałam się, że wyjadę z poczuciem niepewności.  Tego ryzyka, które przeraża niektóre matki – Co będzie, kiedy mnie zabraknie? I drugie – Czy mam prawo sobie na to pozwolić?

 

Bliskość i miłość na odległość

Kiedy zadzwonił mój mąż i powiedział, jak przeżywa czas z synem, zrozumiałam, że naprawdę dzielę świat na pół. Nie, nie dało mi tego poczucia bycie w domu. W domu zawsze czujemy, że nasza obecność jest gruntowa, bo niesiemy w sobie rodzaj ognia, którego nie generują ojcowie naszych dzieci. Będąc trzysta kilometrów od domu dotknęłam prawdy, że bliskość i miłość ma różne blaski i płomienie. I że mój nie musi być zawsze tym oświetlającym i wiodącym.

Będąc sama, mogłam stanąć przy własnym palenisku i zobaczyć, jak naprawdę z nim jest. Zająć się nim, podsycić, oparzyć się i nauczyć czegoś nowego o sobie. Myślę, że to starsznie seksistowskie, gdy ktoś wywala zdanie w stylu: „Matka czasem potrzebuje mieć czas tylko dla siebie” i liczy na poklask kobiet. W takim pojmowaniu rzeczywistości nasze życie sprowadza się do jasnego podziału na czas spędzony z rodziną albo z samą sobą.

Nonsens! Mówię Wam to dzisiaj Siostry, żony swoich mężczyzn i matki waszych dzieci – zawsze jesteśmy z sobą. Przy sobie. W sobie. Nigdzie nie wychodzimy, nawet jeżeli mamy wrażenie, że każdego dnia odnajdujemy siebie na nowo.

Nie ma też tzw. osobnego czasu spędzonego z rodziną. Jest droga. Szalona, wybrana,  osobliwa. Droga nie jest nami – ona po prostu rozciąga się przed nami, daje perspektywę kolejnego kroku, rozwoju, eksploatacji miłości, wewnętrznego potencjału. Na drodze spotykamy ludzi. Możemy czuć się przydatne.

W takim pojmowaniu rzeczywistości wiemy kim jesteśmy i dla kogo żyjemy. Prawie cztery dni bez dziecka i męża. I znowu mogłam sobie o tym przypomnieć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail