Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Poszła po zaświadczenie, ksiądz przepytał ją z modlitw. Czyli czym jest uczciwość

KSIĄDZ
Shutterstock
Udostępnij

Oburzenie Amelii piszącej list do redakcji jednego z popularno-plotkarskich portali sięgnęło zenitu. Bo jakżeby ksiądz mógł pytać o przykazania kościelne i wyznanie wiary?!

Religia jest dość skomplikowaną sferą i trudno ją przyrównać do czegokolwiek innego, ale ta historia listu czytelniczki portalu papilotek.pl (nie pytajcie, jak tam trafiłem…) aż się prosi o jakieś kontrastowe porównanie. Choć może być zupełnie wymyśloną sytuacją, jak dla mnie wystarczy to, że brzmi dość prawdopodobnie.

Poszłam do kancelarii parafialnej po zaświadczenie, żeby zostać matką chrzestną dziecka koleżanki. Myślałam, że to formalność. Poproszę, ksiądz wypisze, zostawię dobrowolną ofiarę i po krzyku. Ale nie tym razem. Spotkałam jakiegoś nadgorliwca. Młodego, a tacy są najgorsi.

„Myślałam, że to formalność”. No, że pójdę do urzędu, zapłacę kilkadziesiąt złotych, a pan w czarnym mi to tam ładnie wypisze. I po krzyku. Ale nie, trafił się jeden, nadgorliwiec… Ciekawe, że akurat tak określiła tego młodego księdza, bo kilka linijek wcześniej pisała o sobie:

Nie mogę powiedzieć, że jestem dewotką, która codziennie chodzi do kościoła i żyje w zgodzie ze wszystkim, co głosi ta instytucja.

„Dewotka” zdaje się być tu zatem bardzo blisko „nadgorliwca”, bo i tu, i tu mamy do czynienia z kimś, kto „żyje w zgodzie ze wszystkim, co głosi ta instytucja”. No i w tym miejscu zaczyna się problem, bo ludzie biorą ten Kościół na serio. Czaicie? Ktoś naprawdę uczciwie traktuje tę instytucję. Szok i niedowierzanie.

Wita mnie z uśmiechem, zagaduje, sprawdza jakieś akta i… zaczyna wywiad. A po co mi to, dlaczego, co to dla mnie znaczy, jak mam zamiar wspomagać dziecko w wierze, czy zdaję sobie sprawę z wagi swojej roli i tak dalej. Jakoś wybrnęłam. Ale to nadal nie koniec. Potem zaczął mnie egzaminować!

Ale jak to? To w byciu chrzestną nie chodzi o to, żeby w czasie kilku ważnych wydarzeń w życiu (chrzest, komunia, ślub) sypnąć kaską i pouśmiechać się na zdjęciach? Ktoś tu tę panią srogo oszukał, i mówię to całkiem na poważnie. Przecież w ten sposób powszechnie traktuje się instytucję chrzestnego. Jak często nie tylko księża, ale też i (przede wszystkim) rodzice dziecka uświadamiają ich, z czym tak naprawdę wiąże się ta rola? I w tym momencie sprawa się komplikuje…

 

Uczciwa obrona Amelii

Łatwo porównać tę sytuację do osoby, który zgłasza się do urzędu komunikacji z prośbą o wystawienie zaświadczenia o tym, że jest kierowcą. Co gdyby urzędnik zechciał zweryfikować jego znajomość przepisów? Czy ma do tego prawo? Owszem, ma. Nawet powinien to zrobić.

Można by jednak stwierdzić, że czym innym jest weryfikacja wiary, a czym innym zdolności prowadzenia samochodu. Jednak na poziomie instytucjonalnym, a o to tak naprawdę się tu rozchodzi, okazuje się, że to wcale nie są tak rozbieżne porównania. Skoro bowiem należysz do Kościoła rzymskokatolickiego, to powinieneś znać dość podstawowe kwestie, jakimi są znajomość wyznania wiary czy 5 przykazań kościelnych (o to pytał ów ksiądz Amelię).

Zastanówmy się jednak, jaki odsetek czynnych kierowców byłby w stanie przytoczyć poprawnie treść przepisów albo wyjaśnić znaczenie niektórych znaków? Czy to oznacza, że nie potrafią oni dobrze i poprawnie jeździć samochodem? Kurtuazyjnie nie zapytam, jaka część wiernych byłaby w stanie poprawnie (!) przytoczyć 5 przykazań kościelnych czy aktów wiary, żalu, nadziei i miłości. I czy, z drugiej strony, ich wyrywkowa znajomość byłabym jakimkolwiek dowodem przynależności do Kościoła.

 

Dowód przynależności do Kościoła

Można długo zastanawiać się, co byłoby takim prawdziwie dobrym wskaźnikiem. Być może znajduje się on gdzieś pomiędzy znajomością modlitw a szczerą wiarą. Jak dla mnie byłaby to dobra wola tej kobiety – jeśli brałaby na poważnie swoją rolę matki chrzestnej, to brak znajomości modlitw i przykazań byłby raczej dla niej wyzwaniem niż karą. Szczególnie, że swój list do redakcji kończy:

Chyba już tam nie wrócę. Nie jestem jakimś uczniakiem, którego trzeba sprawdzać. Odechciało mi się chrztu i wszystkiego.

A Ty, co sądzisz o tej historii? Daj znać w komentarzu oraz sondzie poniżej. 👇

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail