Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

W ciągu 2 lat poroniłam 3 razy – historia Kasi

PORONIENIE
Shutterstock
Udostępnij

Moje doświadczenie ze stratą dziecka pokazało mi, że ludzie wypierają te zdarzenia. Nie rozumieją, że to jest śmierć dziecka, członka rodziny, i wymaga przeżycia żałoby, tak jak przy stracie rodzica czy innego żyjącego na ziemi człowieka.

W październiku obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego. Dla rodziców doświadczonych stratą to dzień pełen zadumy, powracających wspomnień i silnych emocji. Nie zawsze zrozumiałych dla ludzi „z zewnątrz”. Z tego powodu, swoją historią podzieliła się ze mną Kasia. A ja, za jej zgodą, dzielę się nią z wami.

Poznajcie jej historię:

 

W ciągu 2 lat poroniłam 3 razy. Po pierwszym razie uważałam, że nie przeżyję kolejnej straty dziecka, ale potem przyszła kolejna. I następna. Zrozumiałam, co oznacza, że Pan Bóg zsyła na mnie tyle, ile jestem w stanie udźwignąć. Wcześniej był to tylko oklepany slogan, teraz święta prawda. 

Po raz pierwszy

Po pierwszym poronieniu bardzo zbliżyliśmy się z mężem. To wydarzenie umocniło naszą miłość i relację. Mój Mąż był cały czas ze mną, przy mnie. Chociaż z psychologicznego punktu widzenia mężczyzna staje się ojcem w momencie, kiedy bierze w ramiona dziecko, to uważam, że każdy ojciec, który traci dziecko, też przeżywa tę stratę. Na swój „męski” sposób. Ja byłam rozdarta i załamana, pełna buntu i pretensji do Boga.

Dlaczego my?! Bardzo pragniemy kolejnego dziecka, i tak po ludzku mamy warunki finansowe, żeby sobie na to pozwolić. Był bunt i pretensje, ale może było mi łatwiej, bo już wtedy miałam trzyletnią córkę? Miałam, mam dla kogo żyć. Dużym wsparciem w przeżywaniu tej tragedii była również wspólnota, w której trwamy wraz z Mężem. 

Nienormalni

Jak w większości przypadków poronień, byłam w szpitalu i miałam zabieg łyżeczkowania. Przyjęcie do szpitala i wszystkie te procedury to w tamtym momencie trauma. Rozumiem, że gdyby lekarze przeżywali każdy taki przypadek, oszaleliby. Mówią więc, że to natura, że to się zdarza, że to normalne. Dla mnie nie.

Potem dostaję mnóstwo papierów, w których mam zaznaczyć m.in. co chcę zrobić z ciałem dziecka z 8. tygodnia ciąży. Nie mam pojęcia: mogiła zbiorowa czy osobny pogrzeb? Doskonale pamiętam to napięcie, przechodziły mnie dreszcze.

Czułam pragnienie serca posiadania grobu dziecka, ale procedury, które na szybko sprawdziłam w internecie, były przerażające i kosztowne. Dzwonię do koleżanki, która kilka tygodni wcześniej, na tym samym oddziale, przeżywała to samo co ja. Ona doradza mi wspólną mogiłę. Tak zrobiliśmy. Nie byłam na symbolicznym pogrzebie, bo praca… Potem długo nie miałam odwagi pojechać na cmentarz. 

Mam prawo do żalu

Jakoś wróciłam do normalności. Działo się wtedy dużo złych rzeczy w moim życiu. Problemy w pracy, dużo stresów, złe samopoczucie fizyczne. Potrzebowałam pomocy. Ratowała mnie pomoc profesjonalisty. Dzięki regularnym spotkaniom z psychoterapeutą zrozumiałam, że strata dziecka nienarodzonego nie może być tematem tabu.

Nie można o tym zapomnieć, nie można nie mówić o śmierci dziecka. Ja i moja rodzina mamy prawo do żałoby, na co sobie pozwoliliśmy. W głębi serca czuję, że straciliśmy córeczkę – nadajemy jej imię, Antosia. Naszej trzylatce mówimy, że ma w Niebie, u Pana Boga, siostrzyczkę.


Po raz drugi

Po roku ponownie zachodzę w ciążę. Wcześniej wykryto u mnie insulinooporność, więc restrykcyjnie przestrzegam diety, dzięki czemu czuję się wspaniale. Ciąża nas bardzo ucieszyła, ale znowu w 8. tygodniu po prostu się skończyła. Mówiłam, że nie przeżyję drugiego poronienia, a jednak żyję. Znowu szpital, procedury, ból i kobieta w sali, która przeżywa to samo, tylko po raz pierwszy. Tym razem oddalamy się z mężem od siebie.

Każde z nas przeżywa stratę, ale osobno. Jest trudno. Ostatecznie, dzięki naszej wierze w Boga, wytrwaniu w małżeństwie i we wspólnocie, przeżyliśmy żałobę, oddalenie, ten kryzys. Ostatecznie czujemy się umocnieni. „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”.

Po raz trzeci

Lekarze w szpitalu mówią, że jeszcze będę miała dziecko, bo przecież już jedno mam. A diagnostyka poronień należy się dopiero po trzecim razie, kiedy mowa już o poronieniach nawykowych. Mam to szczęście, że mój lekarz prowadzący daje mi tę możliwość już po drugim poronieniu. Odwiedzamy Poradnię Genetyczną – wszystko jest w porządku. Na własną rękę, prywatnie, idziemy do specjalisty, który zajmuje się trudnymi przypadkami, z wysoką skutecznością. Robimy wszystko, co nam zalecono – dowiadujemy się o kolejnej ciąży.

Jest strach, jest też ogromna nadzieja, bo przecież robimy wszystko, co tylko można. To nie wystarcza – kolejny raz w 8. tygodniu ciąży okazuje się, że serduszko przestało bić. Jeszcze kilka dni wcześniej słuchaliśmy tego serca, serca naszego dziecka, ze wzruszeniem. Nie mam pretensji wobec lekarza, wszyscy robiliśmy, co mogliśmy. Dużo się też modliłam, zawierzałam to dziecko Bogu, dziękowałam za nie. Naprawdę były chwile piękne i szczęśliwe, choć przeplatane lękiem. 

Komplikacje

Śmierć kolejnego dziecka, szpital, ból. Tym razem, oprócz bólu psychicznego, pojawiły się komplikacje fizyczne. Kolejne wizyty u lekarza, w szpitalu. Nie zdawałam sobie sprawy z ryzyka powikłań po łyżeczkowaniu, pomimo że to już był mój trzeci taki zabieg. Dzwoni mój lekarz: „jeżeli was stać, to zróbcie badania genetyczne dziecka”. Trzecie poronienie…

Wcześniej lekarze zapewniali, że po trzecim to trzeba się będzie tym zająć, że wcześniej to się nie kwalifikuję, ale po trzecim to już tak. Jestem w szpitalu w czasie trzeciego poronienia i służba zdrowia ma mnie w głębokim poważaniu. Chociaż nie powiem, zaproponowano mi spotkanie z księdzem i psychologiem (po raz pierwszy). Cała reszta, ta fizyczna, medyczna, to temat tabu.

Procedury

Kiedy informuję szpital, że chcę zrobić badania genetyczne, mam wrażenie, że staję się wrogiem numer jeden. Emocje, stres, ból, a teraz jeszcze pretensje, że chcę czegoś więcej. Miałam poleconą firmę do badań, opłaciłam ją z własnej kieszeni, miał przyjechać kurier. Moją rolą było spakowanie tkanek do badania. W szpitalu każdy mówił mi co innego – że to ja mam odebrać tkanki i oddać kurierowi, potem jednak lekarze zabrali dokumenty, mówiąc że oni się tym zajmą, by ostatecznie z pretensjami mi je ponownie zwrócić.

Mąż przyniósł żele chłodzące, prosił o włożenie ich do lodówki na transport. Szpital go zbył, pracownicy oznajmili, że nie wydadzą ciała. Bo w polskim prawie to zakład pogrzebowy może odebrać zwłoki ze szpitala. A jednak dostaję to ciałko, te strzępki mojego dziecka, w pojemniku na mocz. Chciałabym je przytulić, coś zrobić, ale nie mogę, bo trzęsą mi się ręce.

Personel szpitala pospiesza mnie, bo kończy swoją zmianę. Jestem chwilę po zabiegu, po narkozie, szpital wydaje ciało mojego dziecka kurierowi. Ukraińcowi, z którym ledwo mogę się porozumieć. Ojcu dziecka – nie można, obcemu kurierowi a i owszem. Wszystkie dokumenty odbioru zwłok podpisuje ten obcy człowiek, kurier.

Dobrze, że wiem

Mamy już wynik badań genetycznych – kolejny raz (wcześniej po prostu to czułam) straciliśmy córeczkę. Wiemy, że była chora, miała zespół Turnera, chorobę genetyczną, która w wielu przypadkach kończy się poronieniem. Zespół Turnera, jak czytam, spowodowany jest najczęściej brakiem lub niepełnym rozwojem chromosomu X. Normalnie kobieta posiada układ chromosomów XX (jeden od matki, drugi dziedziczony jest od ojca).

U „Turnerek”, jednego z tych chromosomów nie ma. Jest to skutek ich nieprawidłowego podziału już w procesie formowania się jajeczek i plemników. Ta wiedza dużo mi daje. Nie czuję się winna, że coś źle zrobiłam. Leki, dieta, a może to, że nie poszłam na zwolnienie, pomimo zaleceń lekarza? Miałam żal i pretensję do siebie, ale kiedy poznałam wyniki, poczułam ulgę. To nie jest niczyja wina. Tak miało być i już. Boję się tylko, że ta kolejna strata to początek końca naszego małżeństwa. A jednak ponownie wychodzimy z tego obronną ręką. Przepracowujemy żałobę.

 

Zmowa milczenia

Moje doświadczenie ze stratą dziecka pokazało mi, że ludzie wypierają te zdarzenia. Nie rozumieją, że to jest śmierć dziecka, członka rodziny, i wymaga przeżycia żałoby, tak jak przy stracie rodzica czy innego żyjącego na ziemi człowieka. Kobiety o tym nie mówią i nie chcą mówić, bo czują się winne, lub obawiają się niezrozumienia. Zrozumieć je może tylko kobieta, która przeżyła stratę dziecka tak jak one, ale skoro nikt o tym nie mówi, to nikt nie wie, która kobieta poroniła, a która nie.

A my? Dalej jesteśmy pod kontrolą specjalistów i kontynuujemy diagnozowanie. Będziemy szukać sposobu leczenia, jeżeli jest to możliwe. Z drugiej strony oddajemy to Panu Bogu. Jesteśmy otwarci na potomstwo. Co będzie, czas pokaże. Teraz skupiam się na tym, by być dobrą żoną i matką.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail