Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Wielka misja tuż obok nas. Jak dwaj marianie stawiają na duchowe nogi Mińsk

MARIANIE, BIAŁORUŚ
Udostępnij

Dopiero żyjąc tutaj na miejscu i oglądając pracę marianów z bliska, można było w pełni zrozumieć ważkość misji, jakiej się podjęli. Znakomita większość białoruskiego społeczeństwa to ateiści. Ciemiężeni przez lata komunizmu, nieznający Boga, nieznający Prawdziwej Miłości

Dziś o dwójce polskich duchownych, którzy posługują niby całkiem niedaleko od nas. Zarazem jednak jakby w innym świecie. W innej rzeczywistości. Mieszkając we dwóch w niewielkim lokum w jednej z płyt tutejszego osiedla. Przyjmując codziennie dzieci na katechezę. Do dużego pokoju. Misjonarze z misją. Prawdziwi wojownicy. Niezrażający się zastanymi warunkami i niesamowicie pokorni ludzie. Poznajcie ojców marianów z białoruskiego Mińska.

„Żołnierz. A przynajmniej wojskowy. Było słychać po głosie. Mocny, nieznoszący sprzeciwu, zdecydowany” – ks. Andrzej wyłączył telefon komórkowy i zasiadł wreszcie z nami do stołu.

Nie miał za wiele czasu na posiłek. Jego rozmówca właśnie prosił o pogrzeb. Ks. Andrzej musiał więc w swój dzisiejszy grafik wcisnąć jeszcze jedną wizytę na mieście. A i bez tego miał już co robić. Dwie katechezy, poświęcenie dewocjonaliów, wizyta u sióstr, poprowadzenie spotkania młodzieżowej wspólnoty i teraz jeszcze ten pogrzeb. Na moment wyłączył jednak telefon. Dzięki temu przez chwilę był tylko dla nas. Byliśmy zatem w komplecie. Dwóch księży, siostra zakonna i ja. Niewielka kuchnia. Na stole kilka kromek chleba, plastry szynki, ze dwa opakowania z topionym serem. Ciepła herbata.

„Ha! A dziś będziemy mieli nawet deser! – zacierał ręce ucieszony ojciec Aleksander – Pani Tatiana przyniosła nam wczoraj pyszne ciasto. To co, pokroimy?”.

 

Powołani do wielkiej misji

Pamiętam to dość dokładnie. Siedzieliśmy w mieszkaniu jednego z dziesięciopiętrowych bloków osiedla Suharava. Typowej dzielnica Mińska. Wokół wysokie mieszkalne drapacze. Podwórka z placami do zabaw. Niedaleko wielka obwodnica miasta. Na ulicach nie za duży ruch.

– Ludzi nie stać. Tutaj naprawdę ciężko się żyje – mówił między kęsami proboszcz budującej się tutaj parafii, ks. Aleksander.
– Wyobraź sobie, że bardziej opłaca się nam jechać na zakupy do Polski – wtrącił się siedzący obok ks. Andrzej.
– Domyślam się, że chodzi o jedzenie? – upewniłem się.
– O wszystko. Jedzenie, artykuły przemysłowe. Albo o kwiaty. Jak chcemy przystroić ołtarz, to nie ma zmiłuj. Ceny kwiatów na Białorusi często biją te polskie o sto procent – dodał proboszcz.

Było ich dwóch. Znających się od dawna. Obaj ukończyli seminarium w Lublinie. Obaj służyli w Rosicy, niewielkiej białoruskiej wsi na północy kraju, tuż przy granicy z Łotwą. To jeden z pierwszych mariańskich ośrodków na Białorusi. Jednak gdy w 2007 roku biskup przydzielał parafie w Mińsku i zgłosił się także do Księży Marianów, ks. Aleksander od razu wiedział, co ma robić.

„Momentalnie poczułem, że to jest prawdziwa misja. Rosica się wyludnia. Z przeszłych kilku tysięcy mieszkańców zostało dziś około dwustu, może trzystu ludzi. W większości mocno zaawansowanych wiekowo. Oni już nie potrzebują katechizacji. A tutaj? Rozejrzyj się tylko – ks. Aleksander wskazał za okno, z którego rozciągała się panorama na okoliczne bloki – Tutaj to dopiero można połowić!” – uśmiechnął się.

 

„Pachwaljeny”

Nie będę ukrywał. Od początku fascynowała mnie ta dwójka. Żyją naprawdę skromnie. Swoje mieszkanie nazywają „klasztorem”. Ulokowane na ósmym piętrze jednopłytowego bloku. Wspólna klatka z sąsiadami. Całe szczęście, że nie donoszą. Przecież według białoruskiego prawa wszelkie zgromadzenia po domach są nielegalne.

A mariański „klasztor” ma wciąż otwarte drzwi. Od ósmej do dwudziestej drugiej. Przychodzą wszyscy. Starsi i najmłodsi. Kobiety i mężczyźni. Drzwi praktycznie się nie zamykają. Ks. proboszcz zajrzał na dzisiejszą kartkę jego podręcznego organizera. Po chwili jego twarz wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Jakby wstydu.

„Stefan, najmocniej cię przepraszam. Ale dziś nie będę mógł się tobą zająć. Zaraz przychodzą kandydaci do bierzmowania. Następnie mamy katechezę dla dzieci. Będą dwie grupy. Pierwsza o jedenastej. Druga o dwunastej. A potem mam spotkanie z wykonawcami (chodzi o budowę kościoła – przyp. aut.). Jak już będę na mieście, to od razu podskoczę do sióstr. Prosiły o wizytę. Wrócę i odprawimy mszę. A popołudniu poproszono mnie o pogrzeb. Wrócę wieczorem, to sobie porozmawiamy, dobrze?”.

Punktualnie o dziewiątej dało się słyszeć dzwonek u drzwi. To pierwsze dzieci, które przyszły na katechezę do ks. Andrzeja. Zawczasu pomogłem ojcom uprzątnąć największy pokój przechodni. Dołożyliśmy jeszcze kilka stolików. Ustawiliśmy krzesła. I gotowe. Sala lekcyjna w pełni. Dzieci grzecznie przywitały się z domownikami.

– Pachwaljeny Jezus Chrystus – wykrzykiwały jeden przez drugiego.
– Pachwaljeny, Pachwaljeny – powtarzał ks. Andrzej, głaszcząc maluchy po głowach. Jak tam? Lekcje zrobione? – dodał po chwili z uśmiechem.

 

Cztery sakramenty naraz

Dopiero żyjąc tutaj na miejscu i oglądając pracę marianów z bliska, można było w pełni zrozumieć ważkość misji, jakiej się podjęli. Znakomita większość białoruskiego społeczeństwa to ateiści. Ciemiężeni przez lata komunizmu, nieznający Boga, nieznający Prawdziwej Miłości. Pozbawieni Jej cudownych owoców. Jak gdyby obcy. Przed księżmi niezwykle odpowiedzialne zadanie. Wielkie dzieło ewangelizacji. Głoszenia Chrystusa Zmartwychwstałego.

„Tym się różnimy. W Polsce ludzie wychowywani się w wierze. W mniejszy bądź większy sposób, ale jednak od maleńkości. Uczęszczacie na lekcje religii. Znacie podstawowe dogmaty wiary, sakramenty. Tutaj tego nie było. Tych ludzi nikt nie zdążył jeszcze nauczyć. Trzeba im wszystko opowiedzieć, wyjaśnić. Jutro mam indywidualną katechezę z dziewczyną, która pragnie przyjąć cztery sakramenty. Jeden po drugim. Wiara tych ludzi jest naprawdę wielka. To wielka i wspaniała misja. Ale i niezwykle odpowiedzialna” – objaśniał mi ks. Andrzej.

 

„A to moja zakrystia”

Niedziela. Tak jak dla każdego kapłana, tak i dla tych obu księży, to dzień wyjątkowy. Także z innego powodu. Do nie tak dawna trzeba było wstać jeszcze wcześniej niż zwykle, aby wszystko przygotować. Na dni świąteczne parafia wynajmowała bowiem niewielki dzielnicowy pawilon – salę, która bywała wykorzystywana także na wszelkiego rodzaju partyjne zebrania. Siostry szykowały specjalną makietę z Matką Bożą, która miała przysłonić sierp i młot, normalny wystrój sali. Pomagali także i sami parafianie. Rozstawiali keyboard, ustawiali krzesła. Robili wszystko, co w ich mocy, aby ta salka jak najpełniej przypominała wnętrze kościoła. Żywego Kościoła na Białorusi.

„O, a to jest moja zakrystia” – śmiał się ks. Aleksander, prowadząc mnie korytarzem i wskazując niewielką wnękę przy oknie.

Wieszak na ubranie. Dwie ławki. To wszystko. Więcej nie było. Ks. Aleksander większość rzeczy przynosił ze sobą. Zwykle, gdy do mszy pozostawało jeszcze jakieś pół godziny, w korytarzu coraz częściej dawało się słyszeć czyjeś kroki. To penitenci oczekujący na spowiedź. Przychodzili wcześniej, gdyż była to jedyna możliwość, aby zająć księdzu te kilka minut. Ks. Aleksander zakładał stułę i odchodził ze starsza babuleńką kilka metrów dalej. Zaczynał się sakrament pokuty. Szczere i prawdziwie pojednanie. Niepotrzebujące wystawnych konfesjonałów. Tu wystarczy pokorne serce człowieka. I wielki strumień łaski. Ojciec Aleksander z cierpliwością czekał na kolejne osoby. Zwykle stały wzdłuż ściany. Czekając na swoją kolej.

 

Kościół na wzgórzu

Dziś ojcowie mają już kaplicę. Nie trzeba wynajmować opisanej wyżej salki. Nie trzeba usuwać dekoracji z sierpem i młotem. Jest łatwiej. Ale to przecież nie o kaplicę tu chodzi. Dla tak wielkiego osiedla, jakim jest mińskie Suharava, jedna maleńka kaplica to zdecydowanie za mało.

Nieopodal bloku, w którym mieszkają ojcowie, widać piaszczyste wzgórze. Brązowe hałdy piachu odgradzają hipermarket od bloku i parkingu dla mieszkańców. Wysoka i stroma skarpa. Otoczona łatwym do sforsowania ogrodzeniem. To tutaj ma spełnić się marzenie mińskich chrześcijan. Tutaj marianie planują wybudować kościół. Od kilku lat chodzili za pozwoleniami. Od urzędu do urzędu.

Czekali i modlili się. Aż przyszła decyzja. Można budować.

Na razie stoi tutaj tylko krzyż. Na dole wielka kałuża po wiosennych roztopach. Glina nie przyjmuje wody. Budowniczych czeka kawał ciężkiej pracy. Wpierw trzeba wyrównać. Potem położyć fundamenty. Ale krzyż już jest. A skoro krzyż, to i nadzieja. Ci ludzie naprawdę jej potrzebują. Podobnie jak kościoła. I mam wrażenie, że gdy go wreszcie wybudują, docenią go, jak mało którzy z nas.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail