Aleteia

Co to znaczy być z kimś

BYĆ Z KIMŚ
fizkes | Shutterstock
Udostępnij

Pewnie potrafimy bez trudu przypomnieć sobie spotkanie, po którym mieliśmy wrażenie, że współdzielenie tej samej przestrzeni wzmacniało jedynie poczucie osamotnienia. Bez doświadczenia prawdziwego kontaktu, gdy nie wydarzyło się nic, czemu moglibyśmy nadać znaczenie. To jasne, że nie wystarczy być obok, by być naprawdę z kimś.

Wśród rozmaitych przepisów na obecność wiele się mówi o uwadze: „trzeba drugiego nią obdarzyć”. Jak rodzic, który odkłada pracę i bawi się z dzieckiem albo z nim rozmawia. Mąż i żona, którzy idą na randkę. I choć te fizyczne gesty tworzą jakąś ramę, w której bycie ze sobą jest w ogóle możliwe, wydaje mi się, że one też wcale spotkania nie gwarantują. I że uwaga może być tak przykra (poprawianie, zawstydzanie, ocena), że lepiej, by drugi dalej bujał w obłokach własnego świata.

 

Miejsce dla ciebie

Gdybym miała opowiedzieć, z czym kojarzy mi się bycie z kimś, przychodzi mi do głowy zrobienie w sobie dwóch miejsc połączonych kładką. Jedno miejsce robię w moich myślach i uczuciach na twoje – słowa, myśli, gesty, uczucia. Widzę to miejsce w sobie jako gościnność. Możliwość przyjęcia bez warunków wstępnych i ocen. To taki stan, gdy nie widzimy drugiego człowieka jako kogoś „do naprawienia”, „uratowania” albo komu trzeba się jakoś spodobać kosztem siebie.

Zrobienie miejsca w sobie pozwala, by drugi człowiek mógł opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Podzielić swoim kawałkiem życia. W bezpieczeństwie, że nie pojedzie po tym walec. Ktoś nam może dawać bardzo wiele uwagi, ale nie poczujemy, że z nami jest, jeśli będzie ciągle doradzał („ja na twoim miejscu…”, „powinnaś…”), oceniał („mogłaś to zrobić lepiej”, „nie możesz tak myśleć”) czy przywoływał własne doświadczenia, bez odniesienia się do naszych („też tak miałam – posłuchaj tylko…”).

 

Miejsce dla siebie

Drugie miejsce w sobie, jakie potrzebuję zrobić, by z kimś naprawdę być – to miejsce na siebie. Takie, gdzie siebie widzę. Gdzie mogę obserwować myśli, jakie mi przychodzą do głowy, uczucia, jakie we mnie się pojawiają, szum, jaki przeze mnie się przetacza. I wybierać z nich to, co przez kładkę mogę przenieść na drugą stronę do ciebie wtedy, gdy chcę cię obdarować swoją obecnością. To miejsce pozwala mi zachować wpływ na naszą relację, by być w niej w zgodzie z sobą. Jeśli to relacja z dziećmi – dzięki niemu widzę, jak mi jest, gdy małe dziecko na przykład po mnie skacze trzeci kwadrans i wtedy mogę poprosić o zmianę czegoś („może teraz zbudujesz domek dla robotów, a ja potrzebuję się napić herbaty”) albo przerwę, by uzupełnić zasoby. Bo nie da się w sobie zrobić miejsca dla drugiego, jadąc samemu na rezerwie.

Myślę, że „jestem z tobą” znaczy tyle, co: „tu możesz być sobą”. „Tu kogoś interesuje, co myślisz, jak się czujesz i czego potrzebujesz”. Jednocześnie – nie znaczy to, że mamy moc zaspokojenia wszystkich potrzeb i składamy taką obietnicę. Możemy za to robić miejsce na ich oglądanie i wypowiadanie. Żeby drugi człowiek mógł coraz bardziej być przy sobie samym także.

 

Widzę i słyszę

Wiele środowisk katolickich okłada słowo „potrzeby” klątwą. Nie ufa mu za grosz, odcinając jakąś kluczową i piękną część człowieczeństwa. Kojarzy je z wykorzystaniem innych, by o moje potrzeby dbali. Często radykalnie zresztą odwraca ten postulat w jakimś antropologicznym absurdzie, że „to ja bezinteresownie zaspokoję wszystkie twoje potrzeby, nic nie potrzebując”. Że da się widzieć ciebie, nie biorąc pod uwagę siebie. I tylko nikt nie daje polisy na to, co będzie, gdy ktoś dający siebie w ten sposób w małżeństwie, rodzicielstwie i przyjaźniach wyląduje na pustkowiu braku sił na jakikolwiek ciąg dalszy.

Bardzo do mnie od długiego czasu przemawia, że bycie z kimś to widzenie i słyszenie go. Agnieszka Stein nazwała to niedawno najpiękniejszym wyrazem akceptacji i miłości. Widzę cię i słyszę takim, jakim jesteś. Możesz taki być. Możesz rozwiązywać przy mnie bezpiecznie zagadkę swojego istnienia. Możesz nazywać, na czym ci zależy. Możesz się cieszyć, smucić albo złościć.

Wierzę, że im bardziej takimi się stajemy dla samych siebie, tym więcej takiego miejsca mamy dla drugiego człowieka.