Aleteia

Małżeństwo – tego zachowania nie lekceważ!

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Im dłużej narasta w nas frustracja, tym trudniej powiedzieć przepraszam, wybaczam, kocham...

Czasem w małżeństwie zdarzają się trudniejsze chwile – to normalne i myślę, że potrzebne. Wówczas zaczynamy wyjaśniać, rozmawiać o tym, jakie są nasze potrzeby, co jest powodem wycofania… Mamy wtedy szansę rozwijać się, wzrastać jako para i pielęgnować naszą relację. Są jednak momenty i zachowania, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę.

Ciche dni – cichy zabójca

Może dosadnie powiedziane, ale taka jest prawda. Ciche dni – brzmi niewinnie, ale tak naprawdę to dziesiątki godzin, setki minut i tysiące sekund, które są zmarnowane! Przyznam, że przez 4 lata związku z Maciejem nie zdarzyło nam się nie rozmawiać kilka dni na skutek konfliktu, a konfliktów było sporo. Co najwyżej zmarnowaliśmy z tego powodu godzinę, ewentualnie dwie. To chyba łaska, że mamy takie parcie na „turbo pojednanie”.

Wracając do cichych dni… Skoro małżonkowie, narzeczeni czy para ze sobą nie rozmawiają, oznacza to, że sprawa nie została przegadana, kwestie niewyjaśnione, każde z nich żyje w przekonaniu, że ma rację. Przez te kilka dni pielęgnuje w sobie to przekonanie, a następnie po prostu zaczynają rozmawiać, bo trzeba przecież jakoś żyć.

Później schemat się powtarza.

W wersji optymistycznej po cichych dniach następuje konstruktywna rozmowa. Ten cichy zabójca jest o tyle niebezpieczny, że może przerodzić się w ciche tygodnie, miesiące siejąc spustoszenie w związku i wprowadzając obojętność.

Nie poddawajmy się mu! Czasem cicha godzina czy dwie są potrzebne, żeby emocje opadły, czy żeby przygotować się do rozmowy. Ale nie ciche dni, i co gorsza tygodnie.

Dlaczego zabójca? Zabija poczucie więzi, bezpieczeństwa, poczucie bycia ważnym i kochanym przez drugą osobę i wreszcie zabija umiejętność kochania.

Im dłużej narasta w nas frustracja, tym trudniej powiedzieć przepraszam, wybaczam, kocham…

A jeśli to dziś?

Zapewne nie raz słyszeliście, że paruzja tuż tuż. I prawda jest taka, że koniec świata każdego dnia coraz bliżej. Aczkolwiek chyba wszyscy mamy już dystans do tych „przepowiedni” i „proroctw” – według niektórych miało to nastąpić w 2000 roku, według innych 23 września 2017. Pomiędzy tymi datami zapewne jeszcze kilka razy.
Niemniej jednak kiedyś to nastąpi. Zadawaliście sobie takie pytanie – „a jeśli to dziś?”. Mnie się zdarzyło i wiecie co? Spanikowałam!

Przecież tyle rzeczy nie powiedziałam jeszcze osobom, których kocham i tyle już powiedziałam za dużo… No i jeszcze nie jestem na tyle nawrócona, żeby spotkać się z Panem.

Te myśli stawiają mnie do pionu. Albo kiedy czytam jakiś artykuł, gdzie jedno z małżonków umiera – niekoniecznie w podeszłym wieku. Wiem, to są trudne tematy, ale realne. Ile razy „ocieram się” o tego typu wydarzenia, tyle razy zaczynam żałować wypowiedzianych słów, i tych niewypowiedzianych, niepotrzebnych sporów, przejawów egoizmu, tzw. fochów i wielu innych sytuacji.

 

Żyć tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim

Na pewno słyszeliście to zdanie. Mnie ono bardzo porusza, ale tylko kiedy je słyszę. Później zapominam, a szkoda. Przyznam, że ile razy piszę jakiś wpis na bloga, przeżywam swoje mini nawrócenie, bo to jest czas, kiedy mogę pochylić się nad wszystkim, co dla mnie ważne.

Jest w tym wszystkim dobra nowina – już dziś możemy zacząć od nowa! Możemy bardziej kochać, więcej dziękować, mniej narzekać, być dla siebie milsi, robić coś dla drugiego, możemy codziennie stawać się lepsi.

Mamy do tego wszystkie narzędzia, które nam to ułatwią. Ja w tym celu korzystam z modlitwy, takiej spontanicznej – na cito – kiedy jest potrzeba. Często też proszę mojego Anioła Stróża o pomoc, a On zawsze chętnie mi pomaga.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail