Aleteia

Zatrzymać najcenniejsze chwile. Wzruszające zdjęcia bliźniaków, z których jedno żyło tylko 11 dni…

Udostępnij
Komentuj

Zdjęcia są zatrzymanymi wspomnieniami.  Zdjęcia bliźniaków Williama i jego siostry są przypomnieniem 11 najszczęśliwszych dni życia, bo razem. Wzruszająca dokumentacja...

Należę do osób z rozwiniętą empatią, więc jak kogoś słucham albo oglądam, albo czytam, to przeżywam. Tym razem bardzo tego nie chciałam. Skuliłam się w sobie jak jeż, żeby te emocje do mnie nie dotarły. Próbowałam podejść do tematu „na sucho”, z dystansem, profesjonalnie. Patrząc na te zdjęcia szybko zrozumiałam, że to tak, jakbym chciała powiedzieć „nie rusza mnie to”. Tylko, że byłaby to nieprawda. A skoro tu jesteś, to popłaczmy razem. Kto wie, może ta historia coś w nas zmieni?

 

Krótka historia cudu

A wszystko wydarzyło się w grudniu 2016 roku. Bożonarodzeniowy cud. Oto Lindsey i Matthew Brentlinger, po kilkuletnich staraniach o dziecko, oczekują narodzin bliźniaków. Niestety, na półmetku ciąży, szczęśliwi rodzice słyszą diagnozę, że jedno z bliźniąt ma nieoperacyjną wadę serca i prawdopodobnie nie dożyje narodzin. To gdzie ten „bożonarodzeniowy cud”?

Siedemnastego grudnia mama trzyma w swoich ramionach syna i córkę. Serca obu bliźniąt biją. Jedno, nie wiadomo jak długo, ale wiadomo, że niewystarczająco. To musiał być niewyobrażalnie trudny dzień. Lindsey patrzy na nowo narodzone życie, oczekiwanego synka i nie może zrobić absolutnie niczego, by je zatrzymać. Wita i żegna się w tym samym momencie.

Całuje, gładzi po delikatnej buzi, próbując zachować smak, zapach i dźwięk każdej drobnej chwili. Tuli, karmi, ogrzewa, śpiewa i drży, bo nie wie, która kołysanka będzie tą ostatnią. W tej sytuacji nikt nie dziwiłby się rodzicom, gdyby poczuli się złamani, bez nadziei i pogrążeni w smutku. A jednak Lindsey i Matthew powiedzieli, że dzień, w którym wrócili wszyscy do domu był wyjątkowy.

 

11 dni. Jak zatrzymać najcenniejsze chwile

Próbuję odtworzyć w pamięci moje minione 11 dni życia. Spróbuj ze mną. Co robiłeś, co jadłeś, co mruczałeś pod nosem, ile razy powiedziałeś mężowi/żonie i dzieciom, że ich kochasz, do ilu przyjaciół napisałeś „dobrze, że jesteś”, kogo przytuliłeś, jak często spoglądając w lustro uśmiechałeś się do siebie, o co się modliłeś, jakie kroki postawiłeś, by zrealizować swoje małe marzenie?

Moja odpowiedź jest przygnębiająca: wiem mniej więcej, niestety „więcej” nie pamiętam. Bo żeby skupić się na tym, z czego uplecione jest życie, czyli na momentach, tych niespektakularnych i codziennych, to trzeba zwolnić, z czegoś zrezygnować, czasem wręcz zatrzymać się i nieustannie wzbudzać w sobie wdzięczność.
William żył 11 dni. Jego rodzice mogli być z nim tylko tyle. I ani minuty dłużej.

Co zrobili?
„Staraliśmy się, najlepiej jak tylko mogliśmy, skupić na radości tego wspólnego czasu i na tworzeniu wspomnień. Byliśmy na to gotowi i czuliśmy Boże błogosławieństwo w tym czasie poznawania naszego syna”.

A co, jeśli dzisiaj dowiedziałbyś się, że najbliższe 11 dni – będą Twoimi ostatnimi?

 

Zdjęcie, czyli złapana chwila

Ogromną wyobraźnią serca wykazał się przyjaciel Lindsey i Matthew, który zasugerował rodzicom, jak cenne może być udokumentowanie krótkiego życia ich synka i znalazł fotografkę, która podjęła się tej trudnej sesji. Dzięki temu możemy dziś poznać historię małego Williama.

Fotografie chwytają za serce i wyciskają łzy, bo wiemy, że rodzice już nie tulą swojego synka, że jego siostra ma cudownego anioła stróża, ale na tej bliźniaczej więzi powstała rysa, której nie da się wymazać. Jednak te zdjęcia pełnią rolę szczególną i bezdyskusyjną. „Są zatrzymanymi wspomnieniami. Przypomnieniem 11 najszczęśliwszych dni życia, bo razem” – powiedział Matthew.

Na początku tego roku, przez ponad miesiąc, każdego dnia robiłam jedno zdjęcie. Łapałam to, co chciałam, żeby ze mną zostało. Po roku miałam wydrukować mój fotograficzny dziennik. Choć nie zrealizowałam planów, nadal mam w sobie przekonanie, że byłby to bezcenny album. Że warto do projektu wrócić, by te X dni przeżyć uważniej, by były najszczęśliwszymi w moim życiu.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail