Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Trzy lata temu miał pod opieką 35 dzieci. Teraz ma 62

OPIEKA NAD DZIEĆMI W AFRYCE
Hanna Morris/Unsplash | CC0
Udostępnij

Jérémie Mercier ma 38 lat, a w tej chwili już 62 dzieci nazywa go swoim „tatą”. Bez niego żyłyby na ulicy, były zmuszone do żebractwa lub prostytucji. Robiłyby wszystko, aby przetrwać i nie umrzeć z głodu.

„Restavek” – tak nazywa się na Haiti nawet kilkuletnie dzieci wysyłane przez swoich rodziców „na służbę” do bogatych domów. Zazwyczaj nie są oni w stanie ich wykarmić i mają nadzieję, że dzięki temu przynajmniej nie będą umierać z głodu. W rzeczywistości dzieci często są traktowane jak niewolnicy, niedostatecznie odżywiane, zmuszane do pracy ponad siły, wykorzystywane seksualnie.

 

Trzęsienie ziemi na Haiti. Zmieniło wszystko

Swoje dzieciństwo jako „restavek” spędziła mama Jérémiego, a on na całe życie zapamiętał opowieści o jej smutnym losie. Cudem udało jej się nie umrzeć w dzieciństwie, była głodzona, ograniczano jej nawet dostęp do wody pitnej. Marzył o tym, żeby żadne dziecko nie musiało więcej dzielić jej losu, ale widząc otaczającą go biedę, czuł się bezradny.

Cieszył się, że jemu samemu powiodło się lepiej, zdobył wykształcenie tłumacza, dzięki któremu dostał pracę w ONZ. Prowadził uporządkowane życie, które pozwalało mu ze spokojem patrzeć w przyszłość.

Tak było do czasu aż nadszedł 12 stycznia 2010 roku. Tego dnia Haiti nawiedziło trzęsienie ziemi, które według danych rządowych pochłonęło 316 tysięcy ofiar śmiertelnych. 3 miliony ludzi zostało rannych lub bez dachu nad głową.

 

„Tata Jérémie”

Budynek, w którym mieszkał Jérémie nagle zaczął się walić. Mężczyzna wyskoczył z trzeciego piętra, złamał nogę i stracił przytomność w wyniku upadku. Nie wiadomo, po jakim czasie się wybudził, ale pierwszym, co zobaczył, były leżące obok zabite dzieci. Uderzyło go pytanie, dlaczego on nadal żyje, a tylu innych już nie.

Zauważył, że troje dzieci zaczyna się poruszać. Udało mu się zebrać siły i zabrał je do swojego domu, a właściwie tego, co z niego pozostało. Okazało się, że straciły rodziców i nie miały nikogo bliskiego, kto mógłby się nimi zaopiekować. Tego dnia został dla nich „tatą Jérémie”.

 

Dokonać niemożliwego

Po trzęsieniu ziemi wiele dzieci zostało pozostawionych bez pomocy, a sierocińce nie były w stanie przyjmować kolejnych podopiecznych. Jérémie nie chciał nikomu odmawiać i niebawem stał się człowiekiem-instytucją. Szybko jednak zaczęło brakować mu pieniędzy na czynsz, bo wydawał je na jedzenie dla dzieci. Wyrzucono go z mieszkania razem z dwunastką maluchów. Zabrał je do niewielkiego domu swojej mamy, w którym kąpał je w zlewie i karmił kukurydzą, bo było to jedyne pożywienie, na które mógł sobie pozwolić.

Na szczęście po pewnym czasie coraz więcej osób, także zza granicy, dowiadywało się o losie dzieci i oferowało wsparcie materialne. Założył więc fundację „Dzieci jutra”, dzięki którym może przekazać nadzieję tym, którzy stracili już niemal wszystko.

Często udaje się dokonać niemożliwego. Nastoletnia Ketiana, jako pierwsza, niebawem pójdzie na studia. Inny chłopiec trafił do Jérémiego Merciera, będąc uzależnionym od narkotyków i sprzedając własne ciało, aby na nie zarobić. Obecnie jest najlepszym uczniem w klasie i pomaga młodszym kolegom.

 

„Nigdy nie przestanę pomagać”

Gdy wraca do domu, naprzeciw wybiegają mu „jego” dzieci, rzucają się na szyję, wieszają się na jego nogawkach, ciesząc się z powrotu swojego „taty”, kłócą się nawet o to, kto pierwszy ściągnie mu buty. Bardzo potrzebują miłości, a Jérémie jest cierpliwy i nigdy nie żałuje im czasu.

Pracuje siedem dni w tygodniu, jest do dyspozycji 24 godziny na dobę, ciężar prowadzenia domu dla 62 dzieci spoczywa niemal wyłącznie na jego barkach. Nadal niejednokrotnie zastanawia się nad tym, czym nakarmi swoim podopiecznych następnego dnia. Pewien jest tylko jednego. „Nigdy nie przestanę pomagać moim dzieciom. Nigdy, nigdy, nigdy!” – mówi.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail