Aleteia

Czy ksiądz, który „zrzucił sutannę”, nadal jest kapłanem? A jeśli zechce, czy może mieć żonę?

KSIĄDZ W SUTANNIE
tomeqs | Shutterstock
Udostępnij

Czy ksiądz, który „zrzucił sutannę” może wrócić? Czy mówimy o nim per ksiądz? Czy może „awaryjnie” wyspowiadać? I o co chodzi z dyspensą z Watykanu?

Co jakiś czas docierają do nas odbijające się mniejszym lub większym medialnym echem wieści o księżach, którzy „odchodzą z kapłaństwa”. W takich sytuacjach pojawia się bardzo wiele pytań. Także tych dotyczących „formalnego statusu” eks-księdza. W tym tekście postaramy się odpowiedzieć przynajmniej na niektóre z nich (między innymi te skierowane do nas przez czytelników).

 

Czy informacja, że ksiądz „poszedł na roczny urlop” to zawoalowany sposób powiedzenia, że „zrzucił sutannę”? Czy w przypadku odejścia księdza parafia, kuria albo biskup wydają jakieś oficjalne oświadczenie?

Informacja o dłuższym urlopie księdza bynajmniej nie oznacza jego odejścia. W wielu przypadkach może oznaczać rzeczywisty urlop. Na przykład ze względów zdrowotnych (dłuższe leczenie), rodzinnych (opieka nad rodzicami) lub innych.

W wielu krajach na porządku dziennym jest to, że księża co kilka lat udają się na tak zwany „rok szabatowy”, który spędzają w jakimś klasztorze, ośrodku formacyjnym czy sprawując posługę różną od pracy parafialnej. Po co? Dla zwykłej „higieny psychicznej”, by następnie wrócić do pracy parafialnej z nowymi siłami psychicznymi i duchowymi.

Oczywiście bywa i tak, że ów dłuższy „urlop” rzeczywiście oznacza sytuację, w której duchowny zdecydował się porzucić czy też „zawiesić” swoją kapłańską posługę. Albo sam prosi wówczas biskupa o tenże „urlop”, albo biskup mu go „przyznaje” nieproszony, dowiadując się o zniknięciu księdza z parafii.

Nie jest to jednak wykręt – nawet w tym drugim przypadku. Jeśli taki ksiądz nie robi nic gorszącego, co niszczyłoby wiarę ludzi lub mogło być przyczyną innych podobnych zagrożeń, daje mu się w ten sposób czas do namysłu, ochłonięcia, opamiętania się. Może przemyśli (daj Boże, przemodli) swoją decyzję i wróci.

Sytuacje są bardzo różne. Jak każdemu, tak i księdzu w kryzysie Kościół stara się zostawić otwartą furtkę powrotu i w miarę możliwości pomóc. Inna rzecz, czy sam zainteresowany chce tej pomocy.

Zdarzają się oczywiście sytuacje, w których konieczne jest oficjalne, wyraźne (nieraz stanowcze) oświadczenie ze strony biskupa (tudzież jego kurii), kiedy znane publicznie postępowanie danego księdza staje się dwuznaczne lub gorszące. W takich wypadkach możliwe (a nieraz konieczne) jest też zastosowanie dalej idących środków, jak upomnienie czy suspensa, czyli zakaz sprawowania funkcji kapłańskich (chodzi głównie o sprawowanie sakramentów, nauczanie, wykonywanie innych aktów władzy kapłańskiej).

Warto dodać, że nawet ewentualne kary nałożone na takiego księdza mają z założenia charakter naprawczy i „pedagogiczny” – mają przede wszystkim uświadomić mu, czego się dopuszcza i skłonić do nawrócenia.

 

Czy ksiądz, który odszedł, może wrócić?

Jak wynika z powyższego – tak. Jak najbardziej. I niejednokrotnie tak się dzieje. W zależności od konkretnego przypadku, powodów odejścia, okoliczności, tego jak się dokonało i jakie miało skutki, czy było faktem publicznie znanym, czy spowodowało zgorszenie wśród wiernych, biskup nakłada na takiego kapłana jakąś „pokutę” (może mieć ona bardzo różną formę) jako formę zadośćuczynienia, ale przede wszystkim środek do odnowienia i umocnienia jego więzi z Bogiem i Jego Kościołem.

Oczywiście nie zawsze taki powrót jest możliwy. Na przykład: ksiądz odszedł „z kobietą” i ma z nią dziecko. Wytyczne są jasne: ma z nią zostać, bo dziecku potrzebny jest ojciec, a naturalne zobowiązanie jakie w ten sposób ów mężczyzna zaciągnął jest absolutnie priorytetowe. Jasne, że można by tu długo dyskutować i przerzucać się przykładami stosowania lub lekceważenia tej zasady. Ale zasada jest, jaka jest.

Są też pewnie inne sytuacje, gdy powrót jest utrudniony lub zgoła niemożliwy. To był tylko przykład. Zaznaczmy też, że nie mówimy tu o sytuacjach, gdy duchowny dopuścił się przestępstwa skutkującego wydaleniem ze stanu kapłańskiego.

Od tego jak przebiegło „odejście” konkretnego duchownego (okoliczności, powody, skutki, ewentualne zgorszenie) zależy też w pewnym stopniu to gdzie i w jakiej formie zostanie przywrócony do pracy duszpasterskiej, co jest chyba dość zrozumiałe.

 

Czy ksiądz, który „zrzucił sutannę” nadal jest kapłanem w sensie sakramentalnym? Czy może odprawić mszę lub kogoś wyspowiadać?

Kapłanem jest na zawsze, bo sakrament święceń wyciska na nim niezatarte znamię. Tak jak chrzest czy bierzmowanie jest nieodwołalny, dany raz na zawsze. Oczywiście – tak jak w przypadku sakramentu małżeństwa – może się okazać, że został udzielony nieważnie, czyli że de facto dany człowiek nigdy tak naprawdę nie został księdzem.

Niemniej takie orzeczenia zapadają stosunkowo rzadko (co wynika głównie z tego, że warunki do ważnego przyjęcia święceń są tylko dwa: być mężczyzną i być ochrzczonym – wszystkie pozostałe odnoszą się do godziwości święceń, a nie do ich ważności; por. Kodeks Prawa Kanonicznego, kanon 1024).

Dlatego „odejście z kapłaństwa” ujmuję w tym tekście w cudzysłów, bo o ile może się zdarzyć (i niestety się zdarza), że ten i ów duchowny porzuca swój stan życia i jego obowiązki lub zostaje z niego usunięty, o tyle kapłanem pozostaje na wieczność.

W uproszczeniu i parafrazując porzekadło można powiedzieć, że: „człowiek z kapłaństwa wyjdzie, ale kapłaństwo z człowieka nie”. Pociąga to za sobą jedną ważną konsekwencję, o której poniżej.

Ksiądz, który „odszedł z kapłaństwa” (zwłaszcza jeśli nałożono na niego suspensę lub przeniesiono go do stanu świeckiego, tudzież jeśli zaciągnął ekskomunikę) nie może sprawować sakramentów, a więc odprawianie mszy świętej i spowiadanie odpada.

Poza jednym jedynym wypadkiem. Nawet jeśli ciążą na nim wszelkie możliwe kary i nijak poukładał swojej sytuacji względem Kościoła i jego praw w jednym jedynym wypadku może wyspowiadać człowieka i udzielić mu ważnego rozgrzeszenia. Mianowicie wówczas, gdy człowiek ten znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci.

Wynika to z faktu, iż najważniejszym prawem w kościelnym prawodawstwie jest zawsze zbawienie człowieka, o czym mówi wprost ostatni kanon Kodeksu: „…zbawienie dusz, które zawsze winno być w Kościele najwyższym prawem” (patrz. KPK, kanon 1752).

 

Czy o księdzu, który „zrzucił sutannę” trzeba nadal mówić per ksiądz?

Nie trzeba. Generalnie o księdzu nie trzeba mówić per „ksiądz”. Można mówić „pan”, co wielu się wszak zdarza i w stosunku do „czynnych” księży, co najmniej jakby powiedzenie „ksiądz” lub „proszę księdza/księże” stanowiło wyznanie wiary. Ot, kwestia zwykłej kultury, nawet nie jakiegoś nadzwyczajnego szacunku (do lekarza mówię: „panie doktorze”, do farmaceutki w aptece „pani magister”, do wojskowego zwracam się używając jego stopnia wojskowego, do dyrygenta w operze „maestro”, do księdza „księże”, tylko i wyłącznie dlatego, że tak jest po prostu przyjęte w naszej kulturze społecznej, a nie dlatego, że jestem akurat wyjątkowym fanem medycyny, armii, muzyki lub Kościoła).

Ale pytanie dotyczy chyba jednak czego innego. Chodzi raczej o to, czy księdza, który z własnej wolni przestał spełniać swoją posługę kapłańską i prowadzi życie świeckie nazywać nadal „księdzem”, „kapłanem”, „duchownym”.

Cóż. Wszystko zależy chyba od kontekstu i tego, co próbujemy powiedzieć. Jeśli mówimy o sakramentalnym znamieniu, które przyjął i które – jak już powiedzieliśmy – na wieczność pozostaje w mocy, to tak. Jeśli mówimy o jego postępowaniu, czynach, wypowiedziach po „zrzuceniu sutanny”, to nieraz dla jasności warto chyba będzie użyć określenia „eks-ksiądz”, lub w inny sposób zaznaczyć, że chodzi o duchownego, który odszedł.

Najbardziej kłopotliwe będą pewnie sytuacje, w których przyjdzie nam się zwracać do niego samego. Tu też przede wszystkim będzie chodziło o to, co chcemy przekazać. Mówiąc „panie Zenonie” lub „Zenku” sygnalizujemy szacunek dla jego decyzji, choć jednocześnie możemy się z nią głęboko nie zgadzać. Powtarzając uparcie „proszę księdza” zaznaczymy swoje przekonanie o tym, że mimo odejścia nadal jest kapłanem i że to nigdy się nie zmieni.

Zależy więc, o co nam w danym momencie chodzi. Na pewno słabym pomysłem z punktu widzenia wiary i troski o zbawienie tego człowieka jest oklaskiwanie jego odejścia, chwalenie tej decyzji, czy demonstracyjnie okazywanie swojej aprobaty. Jemu może na chwilę zrobi się raźniej, ale co z jego zbawieniem?

 

O co chodzi z tym, że księża mogą występować do Watykanu o dyspensę?

Chodzi o wspomnianą już w tekście próbę ze strony duchownego, który odszedł, by jakoś „poukładać” swoje stosunki z Panem Bogiem i Jego Kościołem w sferze formalnej. Bo o ile kapłanem pozostaje na wieczność, o tyle według litery – jeśli definitywnie porzucił swój stan i jego obowiązki – można ostatecznie zwolnić go z przyrzeczeń, które składał, przyjmując święcenia. A więc: z obowiązku modlitwy brewiarzowej za Kościół i świat, z obowiązku czci i posłuszeństwa wobec swojego biskupa i jego następców, tudzież z celibatu.

Ważnie wyświęconego kapłana może zwolnić z tych zobowiązań Stolica Apostolska. Nie odbywa się to jednak z dnia na dzień. Cały czas liczymy bowiem na nawrócenie delikwenta i w konsekwencji (o ile to możliwe) jego powrót, co naprawdę nieraz się zdarza.

Zwolniony z tych przyrzeczeń duchowny, który „zrzucił sutannę” będzie mógł na przykład zawrzeć ważny sakramentalny związek małżeński, choć to definitywnie zamyka mu drogę powrotu do życia i obowiązków księdza (przynajmniej póki żyje żona).

 

„Last but not least”

Tyle w kwestii zasłyszanych i otrzymanych pytań. Tyle w kwestii prawa, zasad, teorii i praktyki. Jasne, że bardzo „na wyrywki” i nieco „po łebkach”, ale może komuś co nieco rozjaśni.

Na koniec tylko chciałbym wyraźnie powtórzyć i zaznaczyć, że zawsze najważniejszą pozostaje kwestia zbawienia tego człowieka, a więc jego relacji z Panem Bogiem. W tej zaś fundamentalną sprawą pozostaje jednak wierność (do której człowiek niejednokrotnie nie dorasta, której mu brakuje i do której oby wciąż wracał i o nią się starał), a nie powierzchownie rozumiana „szczerość” czy „autentyczność”, które tak skwapliwie nieraz oklaskujemy z nie do końca jednak chyba szczerych i rozumnych powodów.