Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Zupa i paczka papierosów, czyli czego uczy nas Lewandowski?

DIETA SPORTOWCA
George Rudy | Shutterstock
Udostępnij

Kiedyś wystarczyło palić papierosy i jeść zupę, by dobrze grać w piłkę. Hamburgery i tym podobne specjały zarezerwowane były z kolei dla naprawdę wybitnych gwiazd. Co się zmieniło w piłce przez ostatnie lata, że mniej jest w niej rock ’n’ rolla, a więcej kultu grzecznego chłopca?

Lewandowski znów nie strzelił bramki? Pewnie zjadł gluten – kibice reprezentacji Polski uwielbiają od czasu do czasu powtarzać ten złośliwy żart. Ale to, co dzieje się wokół żony Roberta, Ani, bywa już znacznie mniej zabawne.

Obok zagorzałych fanów towarzyszy jej bowiem grupka ostrych krytyków, którym nie podoba się styl życia, jaki proponuje. Pasjonatka siłowni, popularyzatorka diety i zdrowego trybu życia… łatwo jej zarzucić, że proponuje metody dobre dla ludzi zamożnych, którzy mogą sobie pozwolić na komfort sporej ilości wolnego czasu.

Jednak z drugiej strony zawsze można odpowiedzieć, że Anna Lewandowska sufluje nam całą paletę metod na to, jak dbać o swoje zdrowie. Czego zresztą Robert jest żywym dowodem.

A przecież nie każdy tak potrafi. Co więcej: przed laty zdrowy tryb życia obcy był piłkarzom, podobnie zresztą jak i wielu innym sportowcom. Nie dostrzegano tej cudownej korelacji między dietą a wydajnością, długowiecznością zawodową i skutecznością w osiąganiu dobrych wyników. Wspomniany Lewandowski uwielbia podkreślać, że dopiero metody Ani otwarły przed nim nowe perspektywy. Przestał jeść czekoladę – dzisiaj, jeżeli w ogóle sięga po te słodycze, to jedynie o zwartości 90 proc. kakao. Nie popija już mleka po treningu, a kotleta nie widział na oczy od lat. Efekty są, doprawdy, zdumiewające.

A inni? Arkadiusz Milik, Kuba Błaszczykowski, Grzegorz Krychowiak czy Łukasz Piszczek – wszyscy ci kopacze chwalą się nienagannym menu. Ale przecież są i tacy jak Kamil Glik, którzy nie pogardzą kotlecikiem z ziemniakami. No to jak jest z tą dietą?

Rewolucja Wengera

Chyba od zawsze trwa podjazdowa wojna między trenerami a piłkarzami – ci pierwsi dyscyplinują, ci drudzy dopuszczają się nieustannie większych lub mniejszych bezeceństw. Szkoleniowcy wychodzą z założenia, że każdy detal może zdecydować o wygranej lub przegranej. Radykalnym zwolennikiem takiego paradygmatu był chociażby Adam Nawałka. Szkoleniowiec żyje przekonaniem, że trzeba dopilnować każdego szczegółu wokół zespołu, bo wszystko może mieć wpływ na dobrą lub złą formę piłkarzy. Jego perfekcjonizm na tym polu zakrawał niemal o obsesję.

Ale przecież nie był ani pierwszym, ani ostatnim trenerem zafiksowanym na takim sposobie myślenia. Kilka tygodni temu brytyjski serwis „The Altheliq” poinformował, że po zakończonym grubo po północy meczu Pucharu Europy w Stambule, piłkarze zwycięskiego Liverpoolu udali się do hotelu, gdzie w pokojach stały przy ich łóżkach zegarki ustawione na dwie godziny wcześniej. Sztab trenera Jurgena Kloppa doszedł bowiem do wniosku, że w ten sposób zapewni piłkarzom komfort psychiczny i ograniczy stres związany ze świadomością tego, iż czeka ich wyjątkowo krótki sen. Podkreślmy: fizycznie to nic nie zmieniło. Zmiana miała dokonać się w sferze psychiki: zawodnik miał lepiej wypocząć, gdy towarzyszyła mu świadomość wielu godzin snu.

Jednak prawdziwym wizjonerem, jeśli chodzi o zastosowanie diety w piłce nożnej, był Arsene Wenger, legendarny już szkoleniowiec Arsenalu Londyn. Francuz to typ naukowca, dobrze wykształcony poliglota, raczej analityk niż wielki motywator. Mimo to odmienił angielską piłkę, a być może także piłkę w ogóle. Podpisawszy kontrakt z Arsenalem, natychmiast zabrał się do roboty: zajrzał na klubową stołówkę i przeglądnął typowe menu piłkarzy Kanonierów. Zaniepokojony tym, co jedzą, zatrudnił dietetyka, który ułożył nowy jadłospis. Przyzwyczajonym do frytek, hamburgerów i innych rarytasów piłkarzy taka zmiana raczej nie uradowała. Ale Wenger miał w zanadrzu fortel: sam z całym swoim sztabem zasiadał na tej samej stołówce i jadł dokładnie to samo, co jego podopieczni. Chociaż przecież jako trener mógł sobie pozwolić na nieco więcej swobody w diecie.

Wenger zmienił wszystko, bo choć wielu angielskich trenerów trochę podśmiewywało się z „elegancika” z kontynentu, który w dodatku przybył do Anglii z japońskiej ligi, to jednak poprawa w grze Arsenalu, a z czasem także jego dominacja na krajowym podwórku, sprawiła, że nieśmiało podglądano metody Francuza, zastanawiając się, które z nich można skopiować, by poprawić nieco rezultaty.

 

Trzy energetyki przed meczem

A przecież w latach 90. i wcześniej mało kto myślał o tym, że dieta może pomagać w uprawianiu sportu. Owszem, zdawano sobie sprawę, że piłkarze w dniu meczowym nie mogą mieć na talerzu niczego ciężkostrawnego, ale trudno w ogóle nazwać to jakimś programem dietetycznym. W Polsce pokutowało nawet myślenie: „nie naoliwisz, nie pojedziesz”, które zaszczepiali w młodych piłkarzach starsi, odnoszący zresztą pewne sukcesy. Taki Wojciech Kowalczyk uchodził za jednego z najzdolniejszych napastników młodzieżowej reprezentacji, która w 1992 roku, pod okiem Janusza Wójcika, zdobyła srebrny medal na olimpiadzie. A przecież w swojej autobiografii „Kowal. Prawdziwa historia” niemal dowodził, że alkohol w piłce to normalka: piją niemal wszyscy i robią to nierzadko w dużych ilościach.

Zresztą sam Janusz Wójcik lubił powtarzać, że są piłkarze, którzy mogą siedzieć w knajpie przed meczem do późna, a na drugi dzień grają nawet lepiej, niż gdyby grzecznie poszli spać przed północą. Inna sprawa, że sztab Wójcika zawsze przygotowywał dla niego na mecz specjalny bidon, do którego wlewano wódkę. Pewnego razu jeden z piłkarzy podbiegł do ławki trenerskiej żeby uzupełnić płyny i akurat, traf chciał, dorwał się do bidonu Wójcika. Konsekwencje możemy sobie tylko wyobrazić…

Jak jedli kiedyś polscy piłkarze, pokazuje przykład Radosława Kałużnego. To jeden z najlepszych polskich środkowych pomocników przełomu wieków. Co jadł? Głównie zupy i frytki. A do tego wypalał codziennie paczkę czerwonych Marlboro.

Niewiele lepiej wyglądało to za granicą. Wielki napastnik FC Barcelony Patrick Kluivert zajadał się hamburgerami, kiedy tylko miał na to ochotę. Otrzymał na to zresztą specjalną zgodę od sztabu szkoleniowego. Ronaldo Luiz Nazario de Lima, który przecież był jednym z najwybitniejszych napastników w historii, nieustannie zmagał się z nadwagą. A przecież w 2002 roku zdobył koronę króla strzelców mistrzostw świata (i złoty medal oczywiście).

Do dzisiaj zresztą dieta wśród piłkarzy pozostaje kwestią umowną, choć z pewnością świadomość tego, że warto jej przestrzegać, jest znacznie większa niż przed laty. Słynny angielski napastnik Jamie Vardy niewiele robi sobie z dietetycznych zaleceń. W dniu meczu pochłania tłuste śniadanie – co jeszcze miałoby pewne uzasadnienie – a następnie wlewa w siebie napoje energetyczne. Wypija zawsze trzy puszki. W tym trzecią dzieli na dwie tury – połowa przed meczowym rozruchem, a druga już po, czyli tuż przed starciem z rywalem. Efekty są piorunujące, bo Vardy, mimo już niezbyt młodego wieku, jest gwarancją kilkunastu goli w sezonie, co w Premier League naprawdę jest już pewnym wyczynem.

 

Ziemniaki „Lewego”

Współcześni idole są jednak znacznie bardziej grzeczni niż ich antenaci. Chętnie opowiadają w wywiadach o tym, co jedzą, w jaki sposób układają jadłospis i jak to wpływa na ich formę. Niewątpliwie wzorem jest tutaj wspomniany Lewandowski, który diety przestrzega bardzo restrykcyjnie. Jego zwyczaje żywieniowe zaskakują nawet kucharzy Bayernu Monachium. „Lewy” deser zjada zawsze przed obiadem, a kiedy już wjedzie na stół główne danie, dość osobliwie się z nim rozprawia: zjada wszystko po kolei, nie łącząc ze sobą ziemniaków, surówki czy mięsa. Pilnuje tego bardzo skwapliwie, nie ma mowy o tym, by surówką wylądowała na jego widelcu z kawałkiem ziemniaka.

Te rytuały robią wrażenie. Ale jeszcze większe wrażenie robią efekty – brak kontuzji, ogromna wytrzymałość organizmu i stabilność formy. Niewątpliwie dieta pomaga, choć na pewno nie należy jej absolutyzować. Nie jest bowiem tak, że sukces w sporcie zależy wyłącznie od tego, co jemy. To jedynie czynnik, który może pozytywnie wpłynąć na rozwój kariery. Ale przecież nawet najlepiej ułożony jadłospis i najbardziej oryginalne metody żywieniowe nie zastąpią talentu oraz potu wylanego na treningach.

Czytaj także: Pelé – to imię znają wszyscy. Jego dewiza? „Talent piłkarski to dar od Boga”

Czytaj także: Messi dostał od dzieci niezwykłą nagrodę. Własnoręcznie zrobioną szmacianą piłkę

Czytaj także: Piłka nożna: sport, biznes czy machlojka?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail