Aleteia

Homilie, kazania: nie da się mówić do ludzi, nie wysłuchując ich

HOMILIE
Beata Zawrzel/REPORTER
Udostępnij

Może byłoby pomocne, gdyby w kościele znalazła się skrzyneczka, do której można by było wrzucać osobiste wiadomości do księży głoszących w tym kościele kazania?

Za czym ludzie tęsknią

Kazanie to niejednokrotnie ta część mszy, którą po prostu trzeba przetrwać. Może być oderwane od realiów, upolitycznione albo wykoślawiać obraz Boga i człowieka. Znajoma siostra zakonna mawiała, że bierze wtedy różaniec i uzupełnia tzw. „pacierze”. A ja tęsknię za zastąpieniem modelu, w którym jeden może powiedzieć wszystko, a drugi musi tego wysłuchać, czymś bardziej dojrzałym i dorosłym.

W pracy z ludźmi nie da się zrobić niczego wartościowego, jeśli nie bierze się pod uwagę ich potrzeb. O nich dowiadujemy się na dwa sposoby: pytając o nie wprost i zbierając informację zwrotną, co moje działanie dla nich wniosło. Ktoś, kto nie przygląda się tym obszarom, prędzej czy później doświadczy jałowości swych działań i frustracji.

Potrzeby informują, w czym chciałbyś, żebym ci pomógł. Gdzie doświadczasz trudności albo potrzebujesz wsparcia. To jednak nie tylko to. Gdy pytamy ludzi o potrzeby, chcemy się dowiedzieć, jak chcieliby być traktowani. Za czym tęsknią.

Te potrzeby są nam wspólne: każdy człowiek potrzebuje szacunku, bycia wysłuchanym, branym pod uwagę, akceptowanym. Chce przynależeć i jednocześnie zachować prawo do autonomii i odrębności. Ludzie potrzebują także mieć wkład, dzielić się i wspierać innych.

 

Czym staje się ambona

Gdy księża nie poznają potrzeb ludzi, którymi się opiekują – pozostają im tylko niezweryfikowane przypuszczenia na ich temat. Im gorzej o adresatach swoich wystąpień myślą, tym gorsze rzeczy do nich mówią. Osądzają, straszą, pokazują Boga, który jest daleki i mściwy. I tylko nie wiadomo, czy zatykać dzieciom uszy, czy liczyć na to, że odpłynęły w świat własnej wyobraźni.

Gdy ambona staje się areną moralizowania i krytyki, spokojnie można by dyskretnie podczas kazania wynieść z kościoła tabernakulum, bo po co komu Jezus? Po co relacja z Kimś, kto jest bliski, nie moralizuje i nie dowala?

On wie najlepiej, że nikt nie staje się lepszy dlatego, że regularnie mówi mu się rzeczy, od których czuje się gorszy. Coraz bardziej beznadziejny, niezasługujący, pozbawiony sił do zmiany. Jedyną zresztą rzeczą, którą On piętnował za ziemskiego życia, była obłuda religijna.

 

Skrzyneczka w kościele

Może byłoby pomocne, gdyby w kościele znalazła się skrzyneczka, do której można byłoby wrzucać odpowiedzi na pytanie: „O czym najbardziej potrzebujesz usłyszeć podczas kazania?”. „Co w obrazie Boga nie pozwala ci widzieć Go jako kogoś czułego i bliskiego?”.

Obok niej mogłaby stać druga – na ankiety po kazaniu. „Czy kazanie odpowiedziało na twoje pytania?”. „Czy pomogło ci spojrzeć na jakiś temat z innej perspektywy?”. „Czy czułeś się traktowany z życzliwością?”. „Czy kapłan był przygotowany?”. „Czy kazanie było zrozumiałe?”. „Jakie pytania w tobie pozostały?”.

Nie wiem, ilu księży, a nawet i wiernych, zainteresowałoby się pomysłem. Utarło się, że kazanie to monolog, a perspektywa słuchacza jest w Kościele mocno zaniedbana. I mimo braku otwartego dialogu, rozmowa się toczy. W głowach parafian. W cichym cierpieniu albo między nimi – nigdy nie docierając do drzwi zakrystii.

Jasne, że można mieć obawy, co ludzie napiszą. Na pewno znajdą się tacy, którzy zaliczają ultraodloty i tacy, którzy negują wszystko. Pytanie o potrzeby nie odbiera prawa wyboru, rozeznania, ochrony własnych granic także dla księdza. Umożliwia jednak współodczuwanie i daje obraz, z jakim trudem albo dylematem przychodzi do kościoła człowiek.

 

Jakiego Boga mam w sercu

Wiadomo też, że nie chodzi tylko o to, „jak ksiądz mówi”, bo według Ewangelii „usta mówią z obfitości serca”. Jeśli w tym sercu Bóg jest księgowym, sędzią albo policjantem, usta nie powiedzą o Jego współczuciu i że przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy.

I jeśli ksiądz przeżywa nieustanną złość na siebie i odrzuca własne człowieczeństwo – w kazaniu obdzieli wiernych nie Ewangelią, ale własnym spękaniem, lękiem przed karą lub przymusem zasługiwania na zbawienie.

Może jednak dzięki temu dialogowi – księża mogliby się przejrzeć w potrzebach wiernych i odkryć z nimi wspólnotę człowieczeństwa i równej godności. I doznawać także uzdrowienia własnych nieprawdziwych wizji Boga i człowieka. I wówczas zamiast „kazania”, byłoby słowo, które wspiera, karmi i podnosi.