Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Ksiądz w masce. Bił się w ringu, by pomóc dzieciom

Udostępnij

Meksykański ksiądz wiódł podwójne życie, by móc zarobić pieniądze na utrzymanie sierocińca.

Historia tego księdza wydaje się być nieprawdopodobna i przypomina bardziej scenariusz hollywoodzkiego hitu niż coś, co faktycznie mogło mieć miejsce. Okazuje się jednak, że mogło, choć i powiązań z kinematografią w tej opowieści jest niemało. Szczególnie, że na kanwie jego historii powstały dwa filmy. W pierwszym, „Człowiek w złotej masce”, w rolę księdza wcielił się Jean Reno, w drugim, „Nacho Libre” główną rolę zagrał Jack Black. Jednak najciekawsze historie napisało samo życie.

Ksiądz Sergio Gutierrez Benitez dziś jest 72-letnim kapłanem posługującym w jednej z parafii stutysięcznego miasta Texcoco, w środkowej części Meksyku. Ci, którzy nie znają jego historii (a takich ludzi w Meksyku jest niewiele), mogą zdziwić się nietypowym zwyczajem ks. Sergio – rozpoczynania mszy św. w masce na twarzy. Dzięki niej, niczym superbohater z komiksu, staje się na chwilę nieustraszonym obrońcą uciśnionych, postrachem złoczyńców i piewcą pożogi. Ku uciesze obserwującej go publiczności – staje się Fray Tormenta (hiszp. brat burza).

Przepis na fajnego księdza: tequila, kokaina, 70 blizn…

Sergio był 17. (słownie: siedemnastym) dzieckiem spośród osiemnaściorga José Gutiérreza Garcíi i Emilii Benítez. Jego ojciec był carbonero – zajmował się wypalaniem węgla drzewnego. Transportował go na osiołku przez 8 godzin do najbliższego miasta, gdzie mógł go sprzedać. Nie trzeba chyba dodawać, że rodzina żyła nadzwyczaj skromnie. W wieku 9 lat mały Sergio nauczył się obsługi swoich pięści i innych członków, którymi można wyrządzić komuś krzywdę, i wstąpił do gangu. Zaczął palić marihuanę i wdawać się w różne konflikty z prawem oraz ludźmi. Potem poszło już z górki: zaczął wciągać kokainę, upijać się w sztok.

Podsumowując ten etap w jego życiu, ks. Benitez wylicza, że ma około 70 blizn po różnych bójkach z czasów młodości. Raz był dźgnięty nożem, a raz postrzelony. Do dziś ma jedną powiekę opadnięta, bo ktoś „poczęstował” go tulipanem w twarz (tulipan: rozbita butelka, trzymana przez atakującego za szyjkę – przyp. red.). Niezły dorobek jak na przyszłego księdza…

W wieku 20 lat, już jako zmęczony życiem kryminalista, został podejrzanym o zabójstwo swojego przyjaciela. Chciał udowodnić policji, że w czasie morderstwa on sam leżał nieprzytomny w miejscowym barze, lecz jakże trudno to było zrobić, gdy wszyscy ci, z którymi opróżniał butelki tequili, byli w nie lepszym stanie niż Sergio.

Postanowił więc skończyć ze swoim wypełnionym etanolem i kokainą życiem – skierował swoje kroki do pobliskiego kościoła, by pierwszy raz od lat się wyspowiadać. „To nie ośrodek dla uzależnionych” – miał usłyszeć zza kratek konfesjonału od duchownego, który własnoręcznie wypchnął go z kościoła. „Gdyby księża byli fajni, wielu z nas zmieniłoby się” – pomyślał i stwierdził, że chciałby zostać takim właśnie księdzem.

O, w mordę

Tydzień – tyle wytrzymał w pierwszym seminarium bez obicia któremuś ze swoich współtowarzyszy facjaty. W drugim udało mu się już powściągnąć swój agresywny temperament. Radził sobie nawet na tyle dobrze, że wysłano go do szkoły w Europie. Był w Barcelonie i Rzymie, uczył się filozofii, teologii, medycyny i psychologii przestępstw nieletnich.

Gdy wrócił do Meksyku, a dokładniej do Veracruz, poprosił o wyświęcenie go przez biskupa nie w katedrze, lecz w zrujnowanym kościele w podejrzanej okolicy. „I tak biskup wyświęcił mnie pewnego popołudnia, 26 maja, 1973 roku, wśród prostytutek, ćpunów i przestępców” – wspominał w reportażu na jego temat w Vice Sports.

Pierwszym jego krokiem było zebranie z ulicy chłopców, przed którymi rozpościerała się niezbyt świetlana przyszłość miejskiego zakapiora – tak jak to było w jego przypadku. Po pewnym czasie w swojej parafii miał pod opieką kilkunastu chłopaków, którymi zajmował się, na ile mógł. Gdy przeniesiono go z Veracruz do innej miejscowości, Puebla, sieroty poszły za nim. W nowej parafii nie akceptowano jednak jego pomysłu stworzenia sierocińca, więc ks. Sergio przeniósł się do Texcoco, gdzie rezyduje do dziś. Znalazł tam zrozumienie, jednak w dalszym ciągu nie miał tego, co było w tamtym momencie najbardziej potrzebne, a mianowicie pieniędzy.

Kino kołem się toczy

Czas na ciekawy paradoks całej tej historii – czyli opowieść o tym, jak meksykański ksiądz wpadł na pomysł, by w złotej masce obijać gęby za pieniądze. Otóż Sergio, kiedy był jeszcze młodym chłopakiem, obejrzał niskobudżetowy film o – a jakże! – księdzu, który przywdziewa złotą maskę i walczy w ringu, aby zarobić na dzieci z sierocińca. Spodziewaliście się czegoś bardziej skomplikowanego? Dodam jeszcze w takim razie, że film z 1963 roku nazywał się „El Señor Tormenta”, więc już chyba domyślacie się, skąd wziął się przydomek ks. Sergia.

W rzeczywistości było jednak o wiele trudniej niż na ekranie. Ks. Sergio musiał wstawać codziennie o 4:30, by przebyć godzinną podróż do Mexico City, gdzie trenował Lucha Libre – meksykański odpowiednik amerykańskiego wrestlingu. O 8:00 musiał już być z powrotem w kościele, by sprawować poranną mszę.

Tu należy się małe doprecyzowanie, gdyż tak jak w wrestlingu, tak i w Lucha Libre szanowni panowie w obcisłych strojach nie próbują zmasakrować się nawzajem. Walki są wyreżyserowane, a cały ich przebieg można byłoby określić jako połączenie MMA i teatru. Stąd też im bardziej barwna postać, która w Lucha Libre, w odróżnieniu od wrestlingu, opowiada się po dobrej albo złej stronie (mocy – chciałoby się dodać), tym lepiej.

Za pierwszą walkę Fray Tormenta otrzymał 200 pesos, czyli jakieś 10 ówczesnych dolarów. Jego wytrwałość została jednak wkrótce nagrodzona, gdy trafił pod skrzydła jednego z promotorów teatralnych walk – Consejo Mundial de Lucha Libre. Pojawiły się poważne pieniądze, sława i… dezaprobata biskupa – swojej prawdziwej tożsamości Fray Tormenta nie potrafił zbyt długo ukrywać. Podczas rozmowy z nim ks. Sergio powiedział, że chętnie zrezygnuje z udziału w walkach, jeśli diecezja zapewni taki sam dochód dla sierocińca, jak wynagrodzenie za jatkę w ringu. „Tylko uważaj na siebie, synu” – miał mu odpowiedzieć biskup.

Z patologii wyszedł, do patologii wrócił

Całe zarobione pieniądze w latach osiemdziesiątych wpompował w opuszczonych przez rodziców chłopców, żyjąc skromnie na plebanii w Texcoco. Z licencji na wykorzystanie jego historii w obu wspomnianych na początku filmach, wybudował dwa dodatkowe sierocińce – jeden w rodzinnej miejscowości, Hidalgo, drugi nieopodal jego obecnej parafii. Oprócz swojego poświęcenia dla osieroconych chłopców, ks. Sergio stał się także kapelanem Lucha Libre. Udzielał swoim kolegom z ringu ślubu, chrzcił ich dzieci, a przede wszystkim spowiadał ich, gdyż świat brutalnego sportu i sławy nie jest wolny od uciech, przed którymi w młodości Fray Tormenta musiał uciekać – alkoholu i narkotyków.

Swoją ostatnią walkę stoczył w 2011 roku w wieku 66 lat. Przez jego sierocińce przetoczyło się ponad 2 tysiące chłopców, z których trzech zostało lekarzami, szesnastu nauczycielami, dziewięciu prawnikami, dwóch księgowymi, dwudziestu informatykami, a jeden księdzem. Jeden z nich postanowił zastąpić ks. Sergia na ringu i od niedawna występuje jako Fray Tormenta junior – nikt nie wie, jak nazywa się naprawdę.

A co z prawdziwym Frayem Tormentą? Mieszka i posługuje w małym kościółku w parafii św. Józefa w Texcoco. Czasem pokazuje się w swojej złoto-czerwonej masce, by nie pozwolić zapomnieć o słynnym wojowniku, który walczył dla sierot.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail