Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Przewodnik, ratownik górski, ksiądz: odnalazłem 52 ciała

Twitter/Famiglia Cristiana
Udostępnij

86-letni ksiądz, który nadal wspina się po Dolomitach (ostatnio poprowadził w górach pewnego biskupa), opowiada o życiu ratownika.

Ksiądz Erminio Vanzetta z regionu Trydent-Górna Adyga, alpinista, przez długie lata ratownik górski w Soccorso alpino, jest kapłanem od sześćdziesięciu jeden lat. Dzisiaj odprawia mszę świętą w Vigo di Fassa, w sercu Dolomitów. „Ale powinienem już leżeć na cmentarzu” – śmieje się. Wbrew metryce nadal uprawia narciarstwo biegowe, wspina się po „swoich” górach i choć nie bierze już udziału w akcjach ratowniczych („Jeszcze by tego brakowało, nie jestem wariatem!”), czasem prowadzi wyprawę w góry. „Kiedy trafi się ktoś, kto mi zaufa. Tylko na specjalną prośbę” – podkreśla.

 

Z biskupem na Marmoladę

Blisko rok temu zaufał mu emerytowany arcybiskup Trydentu Luigi Bressan. „Doszliśmy na Punta Penìa na szczycie Marmolady – opowiada ks. Erminio, mając na myśli wysokość 3340 m n.p.m. – Arcybiskup chciał iść dalej, do żelaznego krzyża na samym wierzchołku, ale ja miałem obawy. Czułem, że elektryzują mi się włosy” (Corriere del Veneto).

Creative Commons
La Marmolada

 

Ratownictwo alpejskie

Góry kocha od dziecka, ale konkretny wymiar ta miłość znalazła w 1963 roku, kiedy ks. Erminio, wówczas kapelan w Vigo di Fassa, wstąpił do Soccorso alpino i otrzymał legitymację numer 931. Zachęcił go do tego ówczesny szef oddziału ratownictwa. Pewnego dnia zjawił się u proboszcza i oświadczył: „Wielebny ojcze, wszyscy wiedzą, że nie zawsze mi z wami po drodze, ale w naszym pogotowiu alpejskim przydałby się ksiądz”.

Kiedy proboszcz się zgodził, szef obiecał kandydatowi: „Jeśli zdobędziesz licencję przewodnika alpejskiego, dostaniesz ode mnie pierwszą linę”. I tak to się zaczęło.

Czytaj także: Dlaczego „oni pchają się w te góry”? Co himalaiści odpowiadają na to kłopotliwe pytanie?

 

52 odnalezione ciała

Lata służby ratowniczej to niezliczone imiona i twarze, anegdoty i tragedie. Ileż to razy udało się uratować życie, kiedy wydawało się, że nie ma już żadnej nadziei. I ileż razy bezsilnie patrzył, jak ktoś wydaje ostatnie tchnienie. W jego pamięci najmocniej wyryły się odnalezione ciała. Było ich 52, jak policzył.

Na szczęście uratowanych było więcej. Tak wielu, że zgubił się w rachunkach. Ze wzruszeniem wspomina dwudziestodwuletniego Niemca, Johanna, który w połowie lat 70. spadł z Torre Finestra del Catinaccio. „Kiedy do niego dotarłem, był u kresu. Zdążyłem mu tylko udzielić ostatniego namaszczenia i umarł mi w ramionach. Rok później odwiedzili mnie jego rodzice. Dziękujemy księdzu. To nasza jedyna pociecha, że przy śmierci syna był ksiądz – powiedzieli. Nic więcej nie było mi trzeba”.

 

Ciało i krewni

Ale nie zawsze pojawia się wdzięczność. „W 1975 r. poszliśmy szukać ciała w pewnym żłobie. Znaleźliśmy je, ryzykując życie, idąc śladem kawałków mózgu rozpryśniętych na śniegu. Było w bardzo niebezpiecznym miejscu. Nie wiem, czy to nie była moja najtrudniejsza akcja. Ostatecznie, kiedy wydobyliśmy ciało, postanowiliśmy nie pokazywać go rodzinie. Następnego dnia ciotka ofiary zarzuciła mi, że wypełniłem trumnę kamieniami, a jej siostrzeńca zostawiłem w górach – opowiada kapłan. – Muszę przyznać, że chyba nigdy nie wściekłem się tak jak wtedy. Wyciągnąłem z kieszeni zdjęcie tego alpinisty i pokazałem jej, a potem wyrzuciłem ją za drzwi”.  

 

Rozbita twarz

Na szczęście są też opowieści z happy endem. „Na początku lat osiemdziesiątych, na Pale di San Martino pewien turysta z regionu Veneto wymyślił sobie, że odepnie się od łańcucha i dalej będzie wspinać się bez asekuracji. Spadł, ale miał dużo szczęścia. Upadł na skałę o takim nachyleniu, że dalej się zsunął. Kiedy go znaleźliśmy, miał okropnie rozbitą twarz. Zabraliśmy go do schroniska. Po wielu latach odwiedził mnie kiedyś w zakrystii przystojny nieznajomy: To ja jestem tym, co rozbił sobie twarz, powiedział. Ja i moi rodzice chcieliśmy księdzu podziękować”.

 

Siostra nie do zdarcia

Ks. Vanzetta uważa, że sam został cudem uratowany. Kiedyś opuścił helikopter, który chwilę później się rozbił. „Pamiętam też cudowne uratowanie siostry Giovanniny, pięćdziesięcioletniej zakonnicy z Lamon, która ześlizgnęła się ze źle wyznaczonej drogi na Pale di San Martino. Ściągnęliśmy ją na dół owiniętą kocem. Była w bardzo kiepskim stanie. Kilka dni później poszedłem ją odwiedzić w szpitalu. Ordynator nie mógł się nadziwić, jak mi się udało przetransportować kogoś z uszkodzonym kręgosłupem, nie doprowadzając do paraliżu – wspomina ratownik. – To proste. Siostry są nie do zdarcia – odpowiedziałem” (Famiglia Cristiana).

https://twitter.com/fam_cristiana/status/637627969985511424

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail